O Brother Where Art Thou

No całkiem całkiem. Fajna historia, świetne charaktery i zajebista muzyczka :D
No niestety mimo wszystko film. ALE PRZYNAJMNIEJ WRESZCIE ZROZUMIAŁEM.
Otóż w filmach głupie jest to, że to jest jak bycie karmionym przez nos. No cośtam tej kultury skonsumujesz, ale tylko tyle i tylko tak jak Ci podadzą. Książkę możesz czytać szybciej lub wojniej. Rozkoszować się zajebistą chwilą, tarzać ze śmiechu przy śmiesznej. A jak nuda to skimujesz, skipujesz czy otherwise zignorujesz :D A w ekran to się człowiek gapi i z nudów umiera, bo ciągnie go by samemu wyruszyć w wir przygody a nie jeno widzem dalekim być.

A tymczasem:

IN THE BIG ROCK CANDY MOUNTAINS

I AM A MAN OF CONSTANT SORROW

damn those beats are HOT :D :D

….

I te cytaty. Mój Boże, te cytaty…

Ilekroć czytam/słucham/oglądam coś o Stanach zbiera mi się na wymioty. Co za barbarzyńcy :S

Wittgenstein Jr

Trochę mam dziwne podejście do tej książki, bo w sumie podobała mi się jej urywana narracja w formie krótkich zdaniach powtarzanych w kilku wariantach, w duchu myśli zapisywanych spontanicznie, a nie przemyślanej prozy. A jednak sama zawartość i główny wątek (romantyczny?) jakoś całkiem mi umknął. Dużo bardziej skupiłam się na bijącym po oczach nihilizmie, mimo że o samym (prawdziwym) Wittgensteinie nie wiem prawie nic.

Ładna i trafna krytyka instytucji uniwersytetu jako produktu i współczesnej nauki opierającej się na liczbie cytowań na Google Scholar. I coś bardzo mojego w kulcie śmierci i samounicestwienia uprawianym przez wielu bohaterów tej książki. I w ogóle jakoś tak podpasowało mi tu wszystko. Ale o czym to tak naprawdę i czy to coś warte – nie mam pojęcia.

Nightcrawler

Ej, ten aktor był soooooo cute. Co się z nim stało? Nawet nie poznałam, dopóki dudu mi nie powiedziała o.O
Przez 90% filmu wkurzał mnie niesamowicie. Człowiek-tło. Supermoc: wtapianie się w otoczenie, brak własnego zdania i zmiana koloru wszystkiego na szary kiedy tylko się pojawia. Od czasu do czasu cytuje jeszcze jakieś kiepskie self-helpowe książki. Tak na wypadek gdyby nie był wystarczająco nudno-nieudacznikowaty.
Ale potem jest ostatni wieczór. Który jest super i nadaje temu wszystkiemu kontekst. Człowiek-tło jest psychopatą. Zrobi WSZYSTKO dla dobrej historii. I lepiej go nie wkurzać, bo wyciągnie przeciwko tobie jakiś cytat z self-helpowej książki i będzie cię nim bił aż umrzesz. Serio.

Fargo

Smutne, jebnięte, bez przesłania, bez przemyśleń. Trzyma na krawędzi krzesła ze względu na intrygę ale są to takie puste emocje rodem z horroru. Not my cup of tea.

Btw. ponoć to jest dark police comedy :S Gdzie moje poczucie humoru się podziało? :D

Pewnie za mało wypiłem.

EDIT: No w sumie akcent był śmieszny, YAH!

Przyjeżdża orkiestra

Jakoś wszystkie te moje filmy izraelskie melancholijne, przydałoby się jednak coś z kopem typu Big Bad Wolves.

Nie nazwałabym tego filmu nudnym, raczej cichym. Dłuuugie, statyczne ujęcia, mało akcji, wydarzenia mocno codzienne i niby brak jakiegoś konkretnego zakończenia: przyjechali, posiedzieli, wyjechali. Ale nie cierpię z tego powodu, na pewno doskonale by mi się oglądało to w kinie, w pustej, ciemnej sali, na dużym ekranie.

Bardzo prosty pomysł na film w ogóle. Drobne nieporozumienie, które zmusza grupę ludzi do spędzenia kilku godzin w obcym miejscu i co z tego wynika. I wszystko nakręcone też przy małym budżecie najprawdopodobniej, bo w jednym miejscu, w bardzo zwyczajnych miejscach. Czyli że w sumie mógłby taki film nakręcić jakiś studencina w naszym wieku. #wcaleniemamkompleksów

No i znowu strasznie ładna w taki przyjemny, naturalny sposób izraelska aktorka. Hm.

Przyjeżdża orkiestra

Eh. Z jednej strony całkiem fajnie jest poznać kino, którego zazwyczaj nie pokazują w kinie i telewizji, ale z drugiej te filmy, które oglądałam były jakieś dziwne. W Meduzach wszystko było takie “snowe”, tutaj jest po prostu senne. W całym filmie nic się nie dzieje. Poważnie. Film jest dość krótki, ale fabułę potrafię opowiedzieć w kilku zdaniach. Tak, nawet ja. Wszyscy są smutni, atmosfera jest dołująca. I nic się nie dzieje.

Córka proboszcza, George Orwell

Ej, dlaczego znów musiałam trafić na książkę, w której wszyscy mnie wkurwiają? Czy tak ciężko jest stworzyć JEDNEGO pozytywnego bohatera? Jednego. Proszę.
W sumie nie wiem co powinnam wynieść z tej książki. Dudu twierdzi, że to przekrój przez społeczeństwo. W sumie prawda, sporo grup społecznych jest opisanych w tej książce, a wszystkich łączy to że są kompletnymi chujkami. Poza Dorotą i bezdomnymi. Dorota jest idiotką, a o bezdomnych wiadomo za mało żeby się wypowiedzieć.
Czemu Dorota po prostu nie pojechała do domu? Albo lepiej! Zagroziła ojcu, że jeżeli nie przyśle jej hajsu i referencji, to przyjedzie do domu? Wtedy jest ustawiona na życie i nie musi mieszkać pod stertą gazet na ławce. No ale taaaak, była małą biedną dziewczynką bez własnego zdania. W sumie sporo ją łączyło z tymi dziewczynkami, które uczyła w szkole. Też nie była przyzwyczajona do myślenia, dopiero kilka randomowych wydarzeń ją w ten sposób zmieniło.
No i jest jeszcze kwestia pytań postawionych na końcu książki, typu: czy jesteś tym samym człowiekiem co rok temu? Yup. Rok to nie tak dużo i jeżeli nie ma w ciągu tego roku jakichś drastycznych wydarzeń, to za bardzo się nie zmienisz. I właściwie Dorota też się nie zmieniła. Owszem, przestała wbijać sobie w ramiona szpilki, ale wróciła do swojego starego życia i na końcu wygląda na to, że wszystko będzie działało dokładnie tak, jak działało przed utratą pamięci.