Iron heel

Zaczynając czytać tę książkę zastanawiałem się z jakiego powodu nie słyszałem nigdy wymienianej jej jednym tchem z takimi pozycjami jak rok 1984 czy nowy wspaniały świat. W końcu to też miała być antyutopia.

Tak dziwnie trochę wygląda poprzedni akapit, więc może doprecyzuję. Mówiąc nieco inaczej, chyba po prostu zastanawiałem się jakie są składowe książki, która jest dobrą antyutopią. Dlatego przyznaję się bez bicia, wyszukiwałem trochę dziur w tej książcę.

I znalazłem, w sumie to jedną, ale bardzo dużą, zresztą wprawiającą mnie w niejakie rozbawienie od samego początku. Otóż główny bohater jest socjalistą, zwolennikiem rewolucji. I oczywiście ma jakieś swoje poglądy i teorie polityczno-ekonomiczne i w jakiś całkiem zgrabny sposób nawet potrafi wszystko połączyć i argumentować. So far so good.

No ale trochę byłem zniesmaczony sceną, w której wygłasza on te racje przed największymi zwolennikami kapitalizmu, ludźmi światowymi i wykształconymi i jedyna obiekcja z ich strony jest taka, że ktoś z sali krzyczy, że to co głosi główny bohater jest utopią (co jest rzecz jasna prawdą :P). Sęk w tym, że nie podaje za tym żadnych argumentów, więc w tej konkretnej scenie wygląda to słabo.

Ten brak polemiki z przeciwną ideologią i przedstawienie walki rewolucjonistów z kapitalistami w dość czarno-białych barwach sprawiło, że sama książka wydała mi się raczej miałka. Choć z pewnością ciekawie było zobaczyć jak antyutopię widzieli socjaliści końca XIX wieku.

Undermajordomo Minor

Supeeer jest ta książka😀

Generalnie całość fabuły jakaś bardzo porywająca nie jest i nie śledzi się jej z zapartym tchem, natomiast pojedyncze sceny są mistrzowskie. Żona podpierdalająca ser mężowi, orgia z ciastem w roli głównej, służacy trzymający salami w rękawie przez cały wieczór, żeby żona księcia się nie dowiedziała, że podajada sobie na boku… i jeszcze można by dodawać. No mistrzowskie te scenki były!

Oprócz tego zaciekawiła mnie postać głównego bohatera. Chuj jakich mało. W kategorii największego chuja czelendżowego zajął by pewnie drugie miejsce, ale tylko dlatego, że akurat jest książka o Hitlerze. Skąd taka opinia? Otóż tytułowy Minor jest takim “good guyem” – ciotą. Nigdy się nikomu nie postawi, biedny, pokrzywdzony przez los, bez ambicji i woli walki o swoje. I pewnie dlatego, że taki wrażliwy i delikatny, to w jego mniemaniu usprawiedliwia to jego kłamstwa i oszustwa, za które nawet nie czuje się winny.

UWAGA! Spojlery

Najlepsze jest jak po rozmowie z jednym z bohaterów, który zrzucił swojego najlepszego przyjaciela w przepaść, bo ten pieprzył się z jego żoną tytułowy undermajordomo dochodzi do wniosku, że w sumie to podobna sytuacja jak w jego przypadku, gdzie typ, któremu odbił dziewczynę do niej wrócił. No kurwa rzeczywiście… I też zrzuca go w przepaść, a przynajmniej próbuje, bo koniec końców, to on w niej ląduje. I tutaj powinna się skończyć ta książka, jeśli miałaby mieć charakter moralizatorski…

Ale się nie skończyła, no i tak właściwie to nie wiem jaki jest stosunek autora do takiej pożałowania godnej postawy, jaką prezentuje główny bohater. Bo niby nie raz dostaje po dupie za swoje zachowanie, ale z drugiej strony wcale się nie zmienia, a koniec książki każe się domyślać, że było jak w bajce, czyli żyli długo i szczęśliwie. A ja z tego powodu smutam😦

 

Look who’s back

Damn. Mimo tego, że miała to być książka humorystyczna, jest bardzo mocno. W obecnych czasach Hitler jest już postacią pop-kulturową. Dostajemy koszulki Adolf Hipster, ludzie przebierają się za niego i chodzą po ulicy, przyciągając przy tym ogrom zainteresowania, głównie pozytywnych śmieszków. Owszem, wszyscy pamiętają, że był złym człowiekiem, kiedy mówią poważnie nazywają go potworem, ale potem przychodzą śmieszki. Niewysoki człowiek z dziwnym wąsem, ciągle skacze i krzyczy. Z czego się tu nie śmiać?

Książka jest bardzo śmieszna. Język, używany przez autora wspaniale oddaje to jak wypowiadał się Hitler i to jak wypowiada się dzisiejsza młodzież. Dużo nieporozumień wynika z tego, że bohater nie potrafi zrozumieć zmian, jakie zaszły na świecie w międzyczasie.

Polecam. W książce ciężkie tematy są, ale trochę na uboczu. Bardziej po prostu zmusza do tego, żeby się głębiej zastanowić nad tematem.

Borges i opowiadań moc

Tak jak do pisania reakcji jeszcze nie zdarzyło mi się podchodzić z entuzjazmem, tak w przypadku opowiadań Borgesa, moja niechęć przeradza się wręcz w strach. Boję się tego, że czegoś nie zrozumiałem, że coś mi umknęło, że coś przeoczyłem. O to bowiem bardzo łatwo czytając tego autora. Przedzierając się przez kolejne zdania można odnieść wrażenie, że Borges za cel obrał sobie jak najzwięzlejsze ujęcie swojego przekazu. Efektem takiego podejścia jest trudność w odbiorze rzeczonych opowiadań. Po to bowiem istnieje większość trudnych słów, żeby na nazwanie jakiegoś zjawiska/rzeczy poświęcić nie 3, a właśnie 1 słowo. I Pan Borges chętnie zaprzęga cały ich arsenał do swoich opowiadań. Nie jest to bynajmniej zarzut, po prostu taki styl, który zresztą pewnie bardzo by mi przypadł do gustu, gdybym wszystkie te trudne słowa znał.

Generalnie moje odczucie po przeczytaniu wszystkich opowiadań jest takie, że powinienem zrobić to jeszcze raz i pewnie kiedyś to zrobię, bo wydaje mi się, że warto.

W tym miejscu chciałbym przeprosić wszystkich czytających ten wpis, którzy zawiedzeni są faktem, że nie odwołuję się bezpośrednio do żadnego z opowiadań. Uznałem jednak, że takie zadanie by mnie przerosło. A może po prostu przemawia we mnie strach, o którym wspomniałem na początku?

Tym zawiedzonym zdradzę tylko, że najbardziej poruszyło mną opowiadanie “The Garden of Forking Paths”. A dlaczego najbardziej? No właśnie chyba nie potrafię wytłumaczyć…

Lexicon

Duduś ostrzegał mnie, że ta książka może być super a może być tragiczna. I niestety, to drugie. Będę spoilować ile wlezie, żeby jak najbardziej zniechęcić Was do marnowania czasu nad tym, co dostajecie w tym “arcydziele”.

Zacznijmy od tego, co jest w tej książce dobre: pomysł. Wiadomo, że używając odpowiednich słów możemy skłonić ludzi do robienia tego co od nich chcemy. I że na różnych ludzi działają różne słowa. Czyli na przykład jeżeli chcesz się wbić w kolejkę do ksera i zapytasz czy Cię wpuszczą “przepraszam, czy mogę stanąć przed Panią?” działa lepiej niż “mogę być wcześniej?” ale dużo gorzej niż “przepraszam, czy mogę stanąć przed Panią, bo chcę coś skserować?” (było takie doświadczenie). Pewnie dlatego, że “bo” jest jednym z słów-kluczy. Nie obchodzi nas co następuje po nim. Ważne żeby było.

W książce mamy organizację, która od wielu setek lat przenika nasz świat, dowiadując się o nas coraz więcej i coraz bardziej nami manipulując. Wiedzą kim jesteśmy, wiedzą jakich słów używać żeby przenieść nas na swoją stronę. Wybierają ludzi o naturalnych zdolnościach do dołączenia do swoich szeregów. I kontrolują świat.

No dobra, wszystko byłoby pięknie, gdyby nie kilka problemów. Po pierwsze, “słowa-klucze” to w praktyce nie słowa. To zbitki dźwięków, które nie mają żadnego znaczenia. Na początku byłam trochę jankowo “ok, I’ll allow it”, zobaczymy co z tego wyniknie. Bo tłumaczyli to jakoś tak, że te słowa to sugestie czegośtam i jak komuś dasz 4 niby-słowa, to on sobie podświadomie cośtam skojarzy i będzie wiedział że ma Cię słuchać bo mówisz co jest dla niego dobre. No ale, oni sobie dzielą wszystkich ludzi na ~300 grup i każdego można zakwalifikować jednoznacznie do jednej z grup i background nie ma żadnego znaczenia. I call bullshit.

Ok, ale zjebany dobry pomysł na książkę to nie jest wystarczająco dużo żeby mnie triggerować. A tej książce się udało (może dlatego, że już dawno nie czytałam książki tak złej w każdym wymiarze). Jest dużo pierdół, które byłam w stanie przebaczyć, ale zbliżmy się już do końca fabuły. Zdobywają jedno zajebiste słowo, które potrafi każdego zmusić do uległości. Oprócz jednego z głównych bohaterów. Bo on jest takim no-bullshit prostym chłopakiem ze wsi w środku Australii. I zdaje się że też psychopatą.

Szef tej organizacji, która ma władzę nad światem dostał w swoje ręce to słowo więc próbuje przejąć władze nad światem. Wait, what. Cośtam, że w Ameryce on rządzi, ale już w innych krajach są inni szefowie i on chce wszystko. Więc mamy wielkiego złego, który chce władzy. Klisza numer jeden – czek. Oczywiście jest facetem w średnim wieku – czek. Wykorzystuje wszystkich dookoła do swoich celów – czek. Wybija miasteczko z 3k mieszkańców żeby przetestować super-słowo – czek. Rebel dziewczyna, która próbuje go zabić – czek. Rebel dziewczyna, która próbując go zabić nie zdaje sobie sprawy z tego że jest marionetką w jego rękach – czek. Czytelnik współczuje rebel dziewczynie – NOPE BO JEZU JAKA Z NIEJ TĘPA KURWA. No ale powinien. Dziewczyna na polecenie Wielkiego Złego wybija miasteczko w którym mieszka jej ukochany – czek. Dziewczyna za pomocą dziwnego zbitka głosek (nawet nie można tego nazwać słowem) bohatersko zmusza ukochanego żeby o niej zapomniał i zaczął nowe życie – czek. Dziewczyna wmawia sobie że on nie żyje – czek. Czytelnik płacze myśląc że dziewczyna i ukochany już nigdy więcej się nie zobaczą – ugh, nie. Jakieś inne kliszowe wydarzenia takie same jak w każdej innej książce – czek. Dziewczyna wyzwala się spod władania Wielkiego Złego – czek. MIŁOŚĆ jest najważniejszym super-słowem, silniejszym niż wszystkie znalezione do tej pory przez organizację – czek. Czytelnik płacze bo to takie piękne – oborzezabijciemnie. Chłopak znajduje dziewczynę – czek. Dziewczyna każe chłopakowi się zastrzelić – czek. Chłopak tego nie robi i żyją długo i szczęśliwie – czek.

Ah, w międzyczasie był jeszcze koleś, który strasznie się nią opiekował i zawsze wszystkim mówił żeby jej dali kolejną szansę. Bo miał mieć córkę, ale abortował. I ta córka byłaby w jej wieku. Ojejejej, chlip -.-

Carter & Lovecraft

W porównaniu do prawie wszystkiego co czytaliśmy w tegorocznym challenge’u ta książka, zgodnie z kategorią, to prawie tylko FUN. Ale ile tego funu. Bardzo dużo funu.

Dawno żadna książka nie wciągnęła mnie tak bardzo, żeby wyjście na piwo wydawało się okropnym pomysłem bo przecież wtedy nie poczytam. A tak miałam z tą książką.

Ale zanim rzucicie się na to arcydzieło światowej literatury, pozwólcie że powiem Wam dlaczego mnie to tak wciągnęło, bo wczoraj miałam olśnienie.

Stephen King + Arthur Conan Doyle. Historia detektywistyczna osadzona w świecie nadprzyrodzonym i jestem kompletnie wciągnięta. Dodajcie do tego jeszcze pierwsze dwa rozdziały o seryjnym mordercy i jest przepis na książkę, którą aż żal odkładać. Może matematyk próbujący przejąć władzę nad światem też miał coś z tym wspólnego. Ta książka naprawdę wygląda jak w 100% napisana pode mnie. Może to wszechświat próbuje mi coś powiedzieć?

Historia jest ciekawa, ale niestety  całkowicie schematyczna. Guy meets a girl -> adventures -> girl’s bf tries to ass-rape her -> girl dumps the bf -> girl’s with a guy. Nawet gdybym nie widziała, że przeczytałam już 85% książki, wiadomo że zbliżam się do końca, bo bohater podejmuje heroiczną próbę rozwiązania zagadki, a jeżeli mu się nie uda to umrze.

Jest fajny pomysł, jest wszystko co kocham, niestety (chociaż nie jestem pewna czy niestety, jednak masz pewne oczekiwania co do książek tego typu i brak schematu mógłby zszokować aż do znielubienia) jest też schemat. Ale polecam, baaardzo polecam.

A, nie zrozumiałam większości matematyki w tej książce ;(

The man who mistook his wife for a hat

Ta książka to bardziej “Krótka historia czasu” niż “The Tale of Duelling Neurosurgeons”.
Po pierwsze, pisana prząćez praktykującego neurologa a nie przez dziennikarza. Dzięki temu dostajemy przegląd prawdziwych spraw, którymi zajmowała się dana osoba, a nie szkic historyczny wszystkiego co się działo w tej dziedzinie.
Po drugie, zrozumienie nie jest tak proste jak w przypadku większości książek które widziałam do tej pory w tej kategorii. Niektóre rzeczy da się wyciągnąć z kontekstu, inne trzeba googlać.
No i jeszcze fakt, że książka była pisana 30 lat temu, więc nie ma w niej tej maniery pisania, przez którą wszystkie te książki są teraz takie same, nawet jeżeli są o innych rzeczach. Plus używa non-stop słowa retard😀
Wszystkie rozdziały są krótkie i opisują jedną sytuacje, z którą zetknął się podczas pracy. Nie są to neurochirurdzy, nie poznajemy dokładnie w której części mózgu co poszło nie tak ani jak to naprawili – większość sytuacji z którymi się stykamy, to sytuację bez wyjścia, gdzie nauka niestety nie może nic pomoc. Jedynie zamknąć ich w zakładzie i obserwowac.