Fiasko, Stanisław Lem

Nie dla mnie hard science-fiction, czytam bez zrozumienia i męczę się niewypowiedzianie.

Nie rozumiem też struktury tej książki, co najmniej kilka epizodów wydaje się wybitnie przypadkowych, a główny motyw dzieje się całkowicie poza tym pierwszym, opublikowanym oddzielnie rozdziałem. Nic mi się tutaj nie zgadzało, szczegóły uciekały tak, że musiałam się do nich cofać. Mniejsza już nawet o pesymistyczny wydźwięk książki.

Nie bawiłam się za dobrze i cieszę się, że już skończyłam to czytać.

Gone Girl, Gillian Flynn

Może dlatego, że znałam fabułę (bo film) i nic nie mogło mnie zaskoczyć (mimo że zwrotów akcji nie brakuje) widziałam w tej książce jakiś miliard drobiazgów, które nie powinny aż tak rzucać się w oczy przy pierwszym czytaniu. Bo owszem, dostajemy historię dwojga bardzo porąbanych ludzi, ale niech mi ktoś powie, czemu wszystkim, co zapamiętam z tej książki będą:

– wszechobecny kryzys finansowy oraz jego konsekwencje społeczne: wszyscy tracą pracę, wszyscy mają problemy finansowe, para głównych bohaterów przeprowadza się z Nowego Jorku na środkowy zachód do miasteczka-widma, które dosłownie niknie w oczach w związku z kolejnymi falami zwolnień i bankructw przedsiębiorstw zapewniających zatrudnienie większości mieszkańców; bandy bezdomnych, strach przed agresją ludzi zepchniętych na margines, pozbawionych pracy i perspektyw. Na to samo zwróciłam uwagę w Sugar Manie, czy to obowiązkowy motyw we współczesnej amerykańskiej sztuce?

– filmy i seriale kryminalne, które oglądają wszyscy, od zwykłych obywateli przez policjantów do samych przestępców; co chwilę podkreślana była ich wszechobecność i wpływ na zbiorową wyobraźnię odnośnie tego jak powinno wyglądać śledztwo, jak działają mordercy i kto jest czemu winien. W filmie bardziej podkreślana była rola mediów (paparazzi + talk shows), w książce też jest tego trochę, ale nie tak dużo jak nawiązań do kultury wizualnej.

– mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (tak, wiem, zarąbane z Larssona): nie tyle sama nienawiść, ale jakaś głęboko tłumiona agresja, niepokojąca i wybuchowa. Trochę ciężko mi to opisać, musiałabym wyszukać konkretne fragmenty.

No i tak, to niby jest idealne czytadło, ale to wcale nie jest zarzut wobec jakości, bo książka jest napisana doskonale. Zachowana równowaga między formą a treścią.

Cryptonomicon, Neal Stephenson

UFF. W KOŃCU.
Zazwyczaj po skończeniu książki, którą czytałam aż tak długo, odczuwam pewien sentyment. Trochę tęsknię za bohaterami i ich przygodami. Czasem nawet nie muszę czytać jakiejś bardzo długiej książki żeby się z nimi zżyć – po prostu jeżeli są wystarczająco interesujący będą przez kilka dni chodzili mi po głowie.
Ale tutaj, meh.
Z jednej strony – cryptonomicon. Książka o kryptografii. Turing. WOOOOW, HYPE. Kryptografia, zwłaszcza ta klasyczna która rządziła II Wojną Światową, to mój konik odkąd dziecięciem będąc skończyłam Zesta. A już pierwsze kilkadziesiąt stron tej cegłowatej książki (wydanie kindlowe ma ~1200 stron) udowadnia że autor zna się na rzeczy i nie będę przewracać oczami jak podczas oglądania seriali telewizyjnych, które pokazują że każdy autor systemu kryptograficznego zostawia sobie w nim furtkę i może później odczytywać wiadomości albo logować się do mega-hiper-super-ekstra-tajnego czegośtam(argh, nawet myśląc o tym się irytuję, PRZECIEŻ TO NIE MA SENSU). No dobra, dostaję książkę o czymś co mnie interesuje i na dodatek dobrze napisaną technicznie. Dlaczego więc nie przeczytałam jej w ciągu trzech dni, a moja reakcja nie zaczyna się od “WOWOWWOWOWOWOMGOMGMOMGM BEST BOOK EVER”?
Bo ta książka pod natłokiem funkcji dzeta, fragmentów kodu w Pearlu i innych ciekawych rzeczy tak naprawdę nie ma fabuły. To nie jest książka artystyczna, która nie musi mieć fabuły, bo autor zrobił coś bardzo wyzywającego jak na swoje czasy i przez to nabiera ona ogromnej wartości artystycznej. A jeżeli nie ma ogromnej wartości artystycznej, to powinna mieć fabułę. A tutaj jest kilka wątków (część z lat 90. część z lat 40.), o których w miarę od początku wiadomo, że w jakiś sposób się zejdą w jednym punkcie, ale nie ma szans na przewidzenie jak. Ani dlaczego miałyby się zbiegać. I w sumie ta zbieżność jest taka wymuszona.
Nie wiem jak potraktować wrzucone do książki wykłady z greckiej mitologii albo wzór na zależność wydajności umysłowej mężczyzny od czasu poprzedniej ejakulacji. Właśnie rzeczy tego typu wypełniają książkę – nie mają wpływu na szczątkową i tak fabułę, ale przedłużają książkę dzięki czemu zamiast 300 stron mamy 1200. Nie mówię, że nie są ciekawe. Po prostu natłok dygresji zaciemnia “fabułę”.
Gdybym musiała przyznać tej książce ocenę 1-10, byłoby ogromnie trudno. Ze względu na to, że kryptografia. Bo gdyby nie to, bez wahania dałabym coś ~3. Dlatego mimo zapewnień, które rzucałam miesiąc temu, nie mam zamiaru sięgać po kolejne książki tego autora. Jedna wystarczy na całe życie.

Wonderboys

Opowiem Wam historię, którą gdzieś kiedyś przeczytałem. Był sobie chłopiec, którego ojciec zabierał do filharmonii. Biedaczek nie cierpiał tego miejsca i zwykł był przysypiać. Była to dla niego potworna strata czasu, wręcz tortura. Aż pewnego pięknego dnia, zupełnie znienacka, nuty poukładały mu się w głowie, coś się przekręciło. Młody chłopak nagle stwierdził, że lubi muzykę klasyczną, poczuł, że przemawia ona do niego.

W tym roku myślałem sobie o tej opowiastce niejednokrotnie, bo pozwala on mi zachować nadzieję, że w końcu polubię film jako gatunek sztuki. Poza nielicznymi wyjątkami, ilekroć oglądam coś z listy, zupełnie nie wiem po co zostało to stworzone, co mam w tym cenić.

Ten nie był wyjątkiem. Niby rozpoznaję motywy, rozumiem, że to historia o odnajdywaniu siebie itd. Ale pojmuję to (wyłącznie?) logicznie, ponieważ historia ta mnie osobiście nie porusza.

PS. Nie powiem natomiast, że nie przemawia do mnie wizja bycia w miarę uznanym pisarzem z ciepłą posadką na uniwersytecie i napalonymi studentkami :>
PS.2 Normalni ludzie: film w dzień, książka w miesiąc. Ja – książka w dzień, film w miesiąc :S

The Martian

Początek – 01:05
Koniec – 16:25
W życiu nie przeczytałem tak szybko książki po angielsku, 374 strony!

To był kawał OSTREJ JAZDY :D Wybuchowa mieszanka Daniela Defoe, Orsona Wellsa i Tadeusza Konwickiego, ze szczyptą Grishama. Idea ciekawa, od strony naukowej można się czegoś nauczyć, ale ostatecznie wartość głównie rozrywkowa.

Ironiczny humor głównego bohatera (szczególnie sceny komunikacji z NASA) sprawiły, że turlałem się ze śmiechu o piątej rano. W zasadzie wszystkie postacie dało się polubić, więc ogólnie sympatycznie było i sielankowo.
Teraz czuję się trochę jak dziecko zaraz po powrocie z Disneylandu. :D

EDIT: Ah, byłbym zapomniał! (.Y.)

The Tale of Duelling Neurosurgeons

Cudowna. Wspaniała. Genialna. Zabawna. Doskonała.

Choćbym do końca czelendżu nie przeczytał już żadnej dobrej książki, ta jedna uzasadnia mój udział w nim. Nie pamiętam kiedy ostatnio tyle się nauczyłem i dowiedziałem o sobie, przez cały czas bawiąc się jak nigdy.

W zasadzie każdy rozdział jest mind-blowing i to mimo, że słyszałem/czytałem już o wielu przypadkach w nich występujących. Nie tylko ze względu na to, że autor pisze o wielu ciekawostkach, których nie widziałem nigdzie indziej – narracja i sposób przedstawienia są o kilka klas lepsze niż w innych publikacjach o tej tematyce. Jest to też dzieło wymagające, zarówno pod względem języka, jak i koncepcyjnie (jedyny powód dla którego do skończenia potrzebowałem ok. 10 dni, a nie jednej nocy).

Gorąco polecam? Nie. Będę ZMUSZAŁ ludzi do przeczytania tej książki :P

The Goldfinch, Donna Tartt

Zawsze mam problemy z książkami, które czytam ponad miesiąc, bo tak długo były ze mną, że przestaję patrzeć na nie jako niezależne byty, a bardziej jakąś funkcję dla danego momentu mojego życia. Więc chcąc, nie chcąc, książki takie stają się częścią mnie i to wcale niekoniecznie dlatego, że mi się podobały albo że korespondują jakoś z tym, co mi się przytrafia.

I trochę tak jest z The Goldfinch. Uwielbiam Donnę Tartt za Secret History, które stawiam na piedestale w mojej biblioteczce i które czytałam długo, ale intensywnie. Jej drugą i trzecią powieść czytałam jeszcze dłużej (The Little FriendThe Goldfinch właśnie), ale nie porwały mnie one chociażby w ułamku tak bardzo, jak debiut. Wszystkie jej książki są gęste, zarówno w treści jak i formie – nadal nie mogę się przyzwyczaić do tego, że to jednak powieści gatunkowe, napisane jednak na najwyższym literackim poziomie.

Nie lubię Dickensa, ba – nudzi mnie niezmiernie. A The Goldfinch to zabawa z Dickensem właśnie. I dlatego, obawiam się, mimo wszystko, dosyć dużo mnie w niej nużyło. Nie przepadam za typową dla Dickensa “sensacyjnością” powieści, wysoki styl nigdy nie pasował mi do fabuły, której cechą ma być wartkość akcji. I mimo że The Goldfinch napisane jest przepięknie, to, z bólem serca, wywracam oczami.

Moje ulubione fragmenty są na samym końcu książki w monologach Borisa i Hobiego. W pewnym sensie podsumowują/kondensują wszystko, co działo się przez te 850 stron i ktoś mógłby powiedzieć “no tak, takie wyłożenie kawy na ławę dla debili”. Dla mnie jednak chaotyczność epizodów i kolejnych przypadków w życiu Theo nie sumuje się sama z siebie i potrzebuje tych monologów postaci drugoplanowych, żeby domknąć konstrukcję książki.

Nie, chyba jednak nie podobała mi się ta książka. Ale nie mam wątpliwości, że będzie za mną chodzić przez wiele miesięcy.