Trigger Warning, Neil Gaiman

Po raz kolejny: Gaimanowe opowiadanka > Gaimanowe powieści. Świetne pomysły, zarówno na treść jak i formę, przedstawione na tyle zwięźle, że nie ma miejsce na warsztatowe niedoróbki. I ogólnie Gaiman jakoś biednie zawsze brzmi w tłumaczeniu, więc dobrze, że czytamy w oryginale.

Trochę rozumiem pomysł na tę książkę, a trochę jestem wobec niego sceptyczna. Wygląda to jak zebranie w kupę rozsianych po różnych źródłach opowiadań – po to głównie, żeby na nich zarobić. Co nie umniejsza jakości samego tekstu, oczywiście, tylko trochę zgrzyta od strony wydawniczej.

Lubię u Gaimana tę szeroką wiedzę w zakresie religii, historii kultury i literatury. Historie, które opowiada, mają uniwersalność legend i na długo zapadają w pamięć. Są też pełne ciekawych, prawdziwych informacji (syndrom jerozolimski! murowanie ludzi!), za pomocą których można później zdobywać punkciki respektu przy okazji towarzyskich spędów. Chyba najbardziej jednak podobało mi się “Feminine Endings” o performerze-stalkerze. Creepy as hell. No i “My Last Landlady”, tak pięknie nawiązujące do Browninga. I Sherlock z pszczołami. I to o dziewczynie przesadzającej z samoopalaczami (forma wywiadu, gdzie dostajemy same odpowiedzi i trzeba zrekonstruować pytania <3).

Dobry zbiorek, chociaż dalej lekki zgrzyt przy wyrachowaniu wydawcy.

When Nietzsche wept

Awwwwww…..

Urocza historia, w której wszystko mi się podobało. Najpierw sam pomysł na fabułę, wybór postaci odgrywających kluczowe role – wyborny. Postacie te w swoich rolach i dialogach niezmiernie przekonywujące. Rozmowy niebanalne i sensowne – za każdym razem gdy znajdowałem jakąś dziurę w rozumowaniu jednej osoby, ta druga atakowała dokładnie po tej linii (co dodatkowo łechtało moją próżność).

Nietzsche i jego filozofia nie są dla autora najważniejsze dla głównego tematu, ale dla mnie zdecydowanie tak. Jego myśli przedstawione są pięknie i z mocą, a on sam opisany jest dokładnie tak, jak go sobie wyobrażałem – raczej drobny, schorowany, ale z prawdziwą potęgą przekazu i bezkompromisowością. Niejednokrotnie spotykałem się z cynicznie nieprzychylnymi opiniami na jego temat: “Oto człowiek, który wierzy w siłę i nadczłowieka, lecz gdzież jest jego siła?” Typowy mechanizm obronny słabych umysłów, której tu nie znajdziemy.

Książka dotyczy poszukiwania sensu życia ale i relacji międzyludzkich. Autor skutecznie odwodzi nas od myślenia o sobie jako o jedynym bohaterze na świecie pośród milionów widzów, uświadamia nas, że wszyscy jesteśmy tylko współpodróżnikami przez krótki czas, kaleczącymi się nawzajem w amoku, doszukując się krzywd i celowości tam, gdzie jej nie ma. Wisienką na torcie była dla mnie historia histerii :>

10/10, would read again.

 

 

 

 

Trigger Warning, Neil (HA!) Gaiiiiman

To było takie dobre. Tak bardzo dobre, że chciałabym więcej. Jakoś zawsze jak skończę coś gaimanowego to chciałabym od razu rzucić się na wszystko co napisał, a potem o tym zapominam.

No ale do rzeczy. Nie wydawało mi się, żeby wstęp miał być dla trigglypuffów. Autor bardziej zastanawiał się nad tym, co jest triggerujące i dlaczego część dzieł dostaje właśnie takie łatki. I zgadzam się z nim, że czasem takie rzeczy są potrzebne (np. dzięki takiemu ostrzeżeniu Janek uniknął w zeszłym roku Pani Zemsty, a mógłby uniknąć jeszcze Oldboya, gdyby nie to że Dudu się jara i nie ostrzegł bo manipuluje wszystkich żeby oglądali jak najwięcej pojebanych koreańskich filmów już Ty wiesz o co mi chodzi dudu) i nie podciągałabym każdego trigger warninga pod Tumblra.

I opowiadania. O. Mój. Fandomie. Mamy nawiązania do różnych baśni – te same nawiązania którymi jaraliśmy się przy czytaniu Wiedźmina (Królewna Śnieżka). Mamy Sherlocka (osobiście w jednym, no ale nawiązania do Psa Baskerville’ów są też wprost wymienione w innym). I mamy Doktora.

Nie powiem, że Doktor był najlepszy, bo wiele opowiadań w tym zbiorze było dużo bardziej pomysłowe. Ale oczywiście to przy nim najlepiej się bawiłam. Dostajemy cały odcinek. Jedenastego i Amy. Narracja i bohaterowie są oddani tak dobrze, że wręcz widziałam Matta Smitha kręcącego się w kółko i tłumaczącego czym jest to cośtam i zirytowaną Amy pytającą czy to timey-wimey. Yup, Gaiman na głównego scenarzystę!

Do wierszy, niestety, nie przykładałam zbyt dużo uwagi. Głównie dlatego, że irytowały mnie linebreaki, które były w mojej wersji książki i przez które to wszystko stawało się dużo bardziej nieczytelne.

Nie chce mi się opisywać wszystkich opowiadań po kolei. Przy prawie każdym bawiłam się przednio, jedynie ostatnie dwa zaczęły mnie trochę nużyć, ale można to zwalić na karb tego że jestem dzisiaj okropnie zmęczona i nie mogłam się przyzwoicie skupić na tym co czytam. Bo nie wierzę, że najgorsze opowiadania zostawionoby na koniec.

A personal matter, Kenzaburo Oe

Po opisie bałam się strasznie tej książki, bo temat niepełnosprawnych dzieci nie należy do najlżejszych (a też nie mieści się w spektrum tych ciężkich tematów, po które akurat chętnie sięgam). No i rzeczywiście, jest cringe w czytaniu tego, ale cringe ma być. Bardzo łatwo utożsamić się z bohaterem, bo uniwersalnym wydaje mi się strach przed narodzinami dziecka, które nie będzie rozwijać się normalnie.

Chociaż ta książka wcale nie jest o dziecku konkretnie, jest ono zawsze tylko w tle jako obiekt przedstawiany w polu widzenia (czy wyobraźni) Birda. Bardzo wyraźnie cała historia odnosi się do “stawania się mężczyzną”, co możliwe jest tylko przez branie odpowiedzialności za siebie, i, w tym przypadku, także za dziecko. Trochę powtarzalny motyw w skali historii literatury, trochę też alienujący, bo wszystko przedstawione bardzo mocno z męskiej perspektywy. Rozumiem, że przedstawienie upodlenia było ważne i że miało budzić w czytelniku taką niechęć jaką bohater czuł do samego siebie, ale mimo wszystko nie jest to przyjemna lektura.

Cieszę się jednak, że w końcu to przeczytałam, bo dawno nic mnie nie ruszyło do tego stopnia i załapałam się na mini-katharsis. Chociaż nie potrafię sobie wyobrazić, co bym zrobiła, gdybym miała zdecydować między opiekowaniem się niepełnosprawnym dzieckiem przez resztę mojego życia a podjęciu decyzji o jego śmierc

The Devil in the White City, Erik Larson

Po trosze właśnie przez tę książkę utknęłam w challengu na dobrych parę miesięcy. Bardzo się jednak cieszę, że nie rzuciłam tego w cholerę po tych 20%, bo kiedy wreszcie udało mi się wczytać, odkryłam jedną z najładniej napisanych książek, na jakie trafiłam (a to w końcu non-fiction! gdzie mało kto przejmuje się językiem).

Żałuję, że nie mam w zwyczaju highlightować fragmentów tekstu na kindlu, bo kilka razy znajdowałam fragmenty, które aż musiałam przeczytać Dudziaczkowi na głos, żeby podzielić się z nią eleganckim sformułowaniem. Także prowadzenie poszczególnych wątków świetnie budowało napięcie i zostawiało wskazówki, które w pewnym momencie zamieniło dla mnie tę książkę w page-turnera. Kiedy zaczynałam i z trudem przedzierałam się przez pierwszych kilkadziesiąt stron, w życiu nie pomyślałabym, że będę się ekscytować opisami etapów powstawania jakiegoś budynku albo elementów krajobrazu. Bardzo dużym atutem książki jest wykorzystanie prywatnej korespondencji dla kreślenia charakteru postaci – wszystkie są w stu procentach z krwi i kości.

Wydaje mi się jedynie, że te dwie strony – the devil oraz the white city, wcale nie łączą się ze sobą tak dobrze, jak autor by sobie życzył. Ale może to właśnie dodaje książce lekkości – kiedy tematy architektoniczne zaczynają nużyć, płynnie przechodzimy do wątku mordercy-socjopaty. Na początku zastanawiało mnie jak w tej misternej konstrukcji sceny ujęcia Holmesa mogły zostać przedstawione tak antyklimaktycznie, jednak dochodzę do wniosku, że autor świadomie odmówił budowania legendy tej postaci. Zamiast tego wolał skupić się na Burnhamie i innych kluczowych postaci wystawy. Więc taki trochę click bait z tego “seryjnego mordercy wszechczasów”.

P.S. I’m back.

The Importance of Being Earnest

Tak jak zapowiadałem – tournee po Waszych rekomendacjach, bo dla mnie to jest istotna część czelendżu.

Wszystko fajnie, głównie to zastanawiałem się, czemu /dudu to polecał. Czyżby dobre wspomnienia z dzieciństwa? Było zabawnie, było cute, były zwroty akcji, puny i inne heheszki rodzaju wszelakiego. Trochę pffft womenowania ale nie jakoś bardzo dużo. Mistrzowski dialog między panienkami na wydaniu (THAT BITCH!)
8/10, bo jakiegoś większego przekazu w tym nie widziałem, ale krótkie, zgrabne i zabawne.

Look who’s back

Ileż zmarnowanego potencjału! Pierwsze tercja książki to heheszek ostateczny; nie śmiałem się tyle przy książce od Undermajordomo Minor. Widzę też, w co celował autor – zacząć od heheszków, potem stopniowo przeradzać się w smutną refleksje na temat społeczeństwa zachodniego, gdzie “medialne osobowości” mogą mówić co chcą, dopóki zapewnia im to oglądalność i sympatie społeczeństwa. Końcówka może też być uznawana za przestrogę –
uważajcie, mówi autor, bo to się może zdarzyć znowu!

Niestety, jego wizja jest zupełnie nieprzekonywująca. Nawet jeśli, jakimś cudem, Hitler mógłby zostać potraktowany jako dowcipniś, to nie znaczy, że zostanie zaakceptowany jako polityk. Nie twierdzę, że nazizm nie może powrócić, w żadnym wypadku! Ale nie takimi metodami ani retoryką. Dzisiejsza prawica nie krzyczy “precz z imigrantami bo będą psuli naszą rasę poprzez mieszanie się”, tylko “precz z imigrantami bo trzeba na nich wydawać mnóstwo pieniędzy i robią rozboje i będą gwałcić itd.) Wrażliwość społeczna narodów zachodu urosła na tyle, że nawet jeśli ktoś jest niechętny obcym, to nie przyzna tego otwarcie, a hitler w takim środowisku nie ma większych szans na poparcie.

Niestety, nie dysponuję dobrymi odpowiedziami: nie wiem co zrobić, żeby takie drugie przyjście Hitlera przedstawić jako wiarygodnie skuteczne. Wizja jest jednak na tyle zabawna i ciekawa, że z chęcią przeczytam kolejne podejście pisarzy do tego tematu. Tutaj mamy porażkę, ale ze względu na niewiarygodnie śmieszne wprowadzenie daję 7/10 na zachętę😉