Cosmos

Książka o nauce inna niż poprzednie w tym challengu – zdawała mi się znacznie mniej sucha. Pewnie też dlatego, że przygotowywana była wraz z wersją telewizyjną, więc miała bardziej przystępną formę, a może dlatego, że autora słyszałem już nie raz, więc mimowolnie czytałem jego głosem, wyobrażając sobie, że siedzi obok i opowiada mi o kosmosie?

Głównym jednak powodem był bez wątpienia aspekt społeczno-polityczny. Sagan, inaczej niż większość naukowców, dostrzega konieczność aktywnej obecności nauki w świadomości plebsu i szeroko pojętej debacie publicznej. Uważa on, że elitarność nauki i jej zamknięcie do wewnątrz, a także pogarda dla praktycznych zastosowań nauki spowodowała zdystansowanie ludności zachodu i stopniowy upadek nauki na rzecz przesądu i ciemnoty, z których wciąż się wyzwalamy (złotym wiekiem nauki jest dla niego VI w. p. n. e. na którychśtam greckich wyspach).

Sagan ma wielką charyzmę – czytając pierwsze trzy czwarte książki jak oczarowany podążałem za historią wszechświata i człowieka, a w ostatniej ćwierci wygrażałem bezradnie pięścią durnemu plebsowi i cynicznym politykom. Większość wiedzy o fizyce zawartej w tej książce znałem już z poprzednio czytanych przeze mnie książek o fizyce i chemii, niemniej jednak ani przez chwilę się nie nudziłem!

10/10, polecam każdemu.

PS. Może z fizyki za dużo się nie nauczyłem, ale historie o wyprawach w kosmos, szczególnie ruskich na wenus i amerykańskich na marsa…. MIODZIO!

13 pięter, Filip Springer

W ciągu moich kilku miesięcy w Empiku rozmawiałam sobie któregoś dnia z Tomkiem i wspomniałam, że chciałabym odłożyć trochę kasy na mieszkanie, żeby przestać mieszkać z rodzicami. Tomek tylko fuknął, że “powodzenia na naszej pensji” i zupełnie nie potrafiłam zrozumieć jego reakcji. Jednak już rok później wprowadziłam się do do samodzielnego mieszkania – nie mogę napisać “swojego”, bo jednak nie za własną kasę, a rodziców.

I między innymi o tym też jest tak książka. Że czuję jakiś podświadomy wyrzut sumienia, że nie musiałam naharować się n lat, żeby odłożyć na swoje mieszkanie albo chociaż spłacać swój kredyt. Że miałam możliwość – ogromną wygodę i mocny start finansowy – który pozwolił mi nie martwić się o to gdzie i za ile mieszkam. I za nic w świecie nie zamieniłabym tego układu na żaden inny – a jednak nie raz było mi niezręcznie, kiedy zapytana o to, ile mnie kosztuje miesięcznie wynajem muszę się tłumaczyć.

Oczywiście, to zupełna błahostka w zestawieniu z innymi sytuacjami opisanymi w książce. Całość wybitnie przygnębiająca i, dla mnie przynajmniej, jaskrawo subiektywna dopiero przy kilku ostatnich “piętrach”. Swoją drogą, co do struktury, duży plusik za zrobienie z tego takiego reverse piekła Dantego, gdzie każde piętro (krąg) to inny problem (grzech), przy czym u Dantego im dalej i głębiej, tym gorzej, a tu startujemy przy ziemi, gdzie jest najciężej, a jakoś im wyżej, tym lżejsze bywają opisywane problemy, przez co książka nie kończy się zupełną stypą i, choć zakończeniu daleko do optymizmu, nie mam ochoty ruszać prosto na barykady, co przy środkowych rozdziałach przychodziło mi na myśl.

No i trochę żółte światło mi się zapaliło odnośnie moich liberalnych ciągot, bo jednak ludzie kurwy.

 

The Magus, John Fowles

Czemu, ach, czemu dałam się podpuścić i zbudować sobie wokół tej książki tak wysokie oczekiwania? Te porównania do Tajemnej historii, ten hype na relację mistrz-uczeń, na klimat inicjacji w dorosłość, na zagadkę do rozwiązania i lekko mistyczny klimat.

I co? I tak, pada mnóstwo pytań, mnóstwo rzeczy dzieje się z niewiadomej przyczyny i czytasz coraz bardziej łapczywie, żeby w końcu ułożyło się to w spójną całość. I nic. Nic się nie wyjaśnia, a jak już zostaje jako-tako wytłumaczone, to ciężko to kupić.

Zaraz po skończeniu lektury odpaliłam sobie kilka (amatorskich raczej) analiz i parę moich ulubionych fragmentów to:

  1. jak byłem młody, to była to jedna z moich ulubionych powieści, a jak ją teraz czytam, to nie do końca wiem dlaczego (+1, pewnie też by mi się spodobało w liceum);
  2. ta książka w bardzo oczywisty sposób jest o Iluminatach (LOL.);
  3. książka dużo by zyskała, gdyby w finale wszyscy bohaterowie odlecieli uniesieni przez statek kosmiczny (ten pan, który to pisał, jest pisarzem sci-fi).

Jestem, niestety, mocno rozczarowana. Podziwiam umiejętności rzemieślnicze, bo, przynajmniej w moim przypadku, emocje głównego bohatera udzielają się czytelnikowi i wraz z rozwojem fabuły podejście do “zagadki” ewoluuje w podobnych kierunkach. Byłam też pod wrażeniem, że wyraźnie dało się głównego bohatera nie lubić, co bywa ciężkie w narracji pierwszoosobowej i tak, Nicholas Urfe jest wybitnym, kłamliwym skurwielem. To jednak nie ratuje całości, która ciągnie się przez 650 stron.

Niemniej posłuchałabym sobie na jakiejś anglistyce, jak ktoś mądry bierze się za tę książkę i składa ją, mimo wszystko, do kupy. Bo chciałabym wierzyć, że całe te ochy i achy z prawa i lewa nie są zupełnie z kosmosu.

Point Counter Point, Aldous Huxley

Kilka dni przed tym, jak sięgnęłam po książkę rozmawialiśmy o Huxleyu w pracy i usłyszałam, że Huxley jest “mistrzem portretów psychologicznych”. Ciężko mi stwierdzić w jakim stopniu ta opinia wpłynęła na mój odbiór książki, ale przyznaję, że się z nią zgadzam. Jaskrawym tego przykładem zupełnie epizodycznej postaci był lekarz, który, do bólu pragmatyczny, nie widzi sensu w mówienua swoim pacjentom i ich rodzinom czegokolwiek więcej niż absolutnie potrzebne, na wszelkie pytania odpowiadając półsłówkami. Postaci, także pierwszoplanowych, w ogóle jest dużo i cały utwór, skomponowany niby na miarę kantaty (tak tak, bardzo rozmyślnie zbudowana struktura muzyczna), wybrzmiewa wieloma głosami. Rozdziały pisane są z punktu widzenia wielu osób, więc ten “punkt-kontrapunkt” może być interpretowany także dosłownie.

Jakoś wcześniej nie pałałam entuzjazmem do Huxleya – Nowy wspaniały świat podobał mi się w zamyśle, ale już mniej w wykonaniu, a jego późniejsze ezoteryczne teksty zniechęcały do całej twórczości. Tu jest jednak inaczej – powieść bardzo mocno osadzona jest w swoich czasach, próbuje uchwycić nastroje polityczne, społeczne i estetyczne – zwłaszcza te skrajne i jawnie kontrastowe. Przez to całość jest więcej niż sumą indywidualnych historii, bardziej tableau vivant swojej epoki.

Szczerze muszę jednak przyznać, że niektóre postaci były przerysowane – Spandrell miejscami bardzo mi nie grał, tak samo jak Illidge, a już zwłaszcza, kiedy występowali razem. Akurat te dwie postaci (a razem z nimi Webley) bardzo wyraźnie przedstawiały zespół cech charakterystyczny dla grupy, a nie konkretnego człowieka, więc pewnie stąd ten lekki zgrzyt.

Następne w kolejce mam już Diably z Loudun.

Piknik na skraju drogi

A cóż to: sci-fi w klasyce? 😀 NO TO FRUGO.

Generalnie książka lekka i przyjemna, momentami nawet odrobinę poruszająca. Pomysł bardzo ciekawy i wykonanie też dobre. Ogólnie takie 9/10. Ale ponieważ bez tego reakcja byłaby za krótka, to pora się przypierdalać :>

Irytuje mnie trochę styl często znajdowany przeze mnie w książkach które określam mianem chłopięcej fantastyki. Np. Grzędowicz, Sapkowski i Strugaccy, a przecież wymieniam tutaj tych lepszych autorów, wszyscy wpadali w ten sam schemat głównego bohatera.

A główny bohater w “Pikniku…” to twardziel jakich mało! Jest twardy że ho-ho i jaki męski! Rozbija ziomeczkom głowy, lubi mocno wypić, kocha swoją dziewczynę (jak jest ładna dupa to zaliczy, ale potem stwierdzi, że meh, ładna dupa z ryja ale to nie to samo). Nade wszystko nie cierpi ludzi, którzy robią innym krzywdę, a także bycia kontrolowanym. Ma słabość do niewinnych dobrodusznych ludków, zwłaszcza tych bezbronnych – zawsze dla takiego nadstawi karku.

W sumie chyba dałem 9 z sympatii dla gatunku bo DŻIZAS jakie te postacie nieoryginalne były 😛

Dmitrij Głuchowski, Metro 2033

Wprawdzie nigdy się postapo nie jarałem, nawet fallouta żadnego nie przeszedłem, ale o dziwo przyjemnie mi się tę książkę czytało. Może właśnie dlatego, że nie miałem wcześniej w rękach niczego z gatunku, więc nie wyczułem sztampy. Trochę za dużo natomiast jakichś dziwnych, niewytłumaczalnych zjawisk, jakiegoś mistycyzmu i innych tego rodzaju bredni. Już na co dzień ludzie za dużo o tym pieprzą, nie potrzeba tego w książkach, jeśli nie wnosi nic do fabuły i nie pobudza do jakichkolwiek przemyśleń. Śmiechłem też z umieszczenia książek Carnegiego i Smitha :> I z innego nieco powodu śmiechłem jak chłopaki wchodzili na wieżę – 300 metrów a jakby mieli umrzeć ;p

Ogólnie dobre do poczytania, autor niby jakąś filozofię próbuje tam sprzedawać, ale jakoś mi ona dupy nie urwała. Ale ja niczego takiego nie oczekiwałem, więc 8/10.

John Steinbeck, East of Eden

Yhm, yhm, yhm – dla takich książek warto przebijać się przez czasem nieco nudnawe klasyki. Powiem szczerze, że sam początek (jakieś pierwsze 10 stron) nie zachęca. Jest trochę przydługi opis, skojarzył mi się nieco z Nad Niemnem, tak że zdążyłem w międzyczasie zrobić Autostopem Przez Galaktykę. Ale szybko się rozkręca. Generalnie jest to trochę taka telenowela (jakoś dziwnie to brzmi, w końcu telenowela to zlepek 2 słów, z których 1 to rodzaj utworu literackiego, hmm), bo śledzimy losy bohaterów, którzy mają dość zwyczajne życia. Ale bardzo zgrabnie jest to napisane i skłania do zastanowienia nad naturą ludzką.

Tak w ogóle to czytając o Katie miałem w pewnym momencie wrażenie, że Steinbeck uważa, że sporo kobiet jest takimi zimnymi sukami, ale żeby ludzi nie triggerować, to zrobił z niej socjopatkę, bo wtedy nie musiał jej zachowania w żaden sposób już tłumaczyć. Ale nie wiem, może za dużo /r/neckbeardthings się naczytałem :>

Póki co najlepsze co czytałem z czelendżu (wliczając zeszły rok) – 10/10. Polecam i pozdrawiam, Karol Sienkiewicz.