The Watchmen

Ojejejejej. Jakie to było dobre. HYPE. Te śliczne przejścia pomiędzy scenami, te zestawienia panel przy panelu (moje ulubione: stary sowa rozmawia z matką tej młodej superbohaterki: jest panel z tą staruszką w różowym pokoiku, jakieś kremiki rozstawione na stole, a na panelu obok dokładnie to samo ustawienie, ale pokój ciemny i zamiast kremików piwo i fajki). No i jeszcze to, że zaczyna się uśmieszkiem i kończy się uśmieszkiem <3 jakie to wszystko było fajne.

Nie będę za dużo mówić o fabule, bo zdaje się, że bardzo podobnie było w filmie. Chociaż nie pamiętałam samej końcówki. Pamiętałam kto, ale nie pamiętałam po co i co dokładnie zrobił. Trochę szkoda, bo przez to, że pamiętałam że to on, od poczatku byłam do niego negatywnie nastawiona ;( no i nie przypominam sobie komiksu w filmie. Bo w komiksie był komiks. W ogóle co za pomysł, komiks w komiksie <3

To, co w przypadku “Ligi Niezwykłych Gentlemenów” było nie do przebolenia, tutaj okazało się w miarę znośne. Mówię o tym, że na samym końcu każdego odcinka, 3 strony to były ściany tekstu. W komiksie. I naprawdę tutaj mi to nie przeszkadzało. Bo były ciekawe. I napisane dużo lepiej niż w Lidze. I wszystko było takie super tutaj.

Capital in the XXI century

Pamiętam jak Marta rzuciła podczas układania listy: “Nie myśl Janku, że ktokolwiek poza Tobą to przeczyta”. Planowałem więc w reakcji napisać ze smutkiem o braku zainteresowania prawdopodobnie najważniejszą z nauk społecznych, kształtującą życie absolutnie wszystkich obywateli krajów 1. świata i przytłaczającej większości pozostałych, nauką
, która ze wszystkich społecznych ma największy wpływ i obecność w debacie publicznej mimo promowania prze media i polityków tzw. tematów zastępczych.

Niestety, pomimo zapewnień autora o przystępności jego dzieła, ciężko polecić tę książkę laikowi. Jest ona długa i napisana trudnym językiem, a zarazem upraszcza ona (czy raczej pomija) matematykę aż do częściowego spłycenia idei. W dodatku autor często się powtarza i jest ewidentnie zafiksowany na pewnych ideach.

Mówiąc krótko, lewactwo mu z butów wyłazi. Chciał napisać obiektywną pracę o nierównościach w społeczeństwie w ostatnich 300 latach, ale nie był w stanie powstrzymać się od komentarzy, które u inteligentnej i wykształconej osoby wywołają tylko uśmiech politowania. Aż żałuję, że nie notowałem co lepszych cytatów, u Karola wywoływały one na przemian śmiech i oburzenie. (Np. zdaniem autora od typowego żula naukowiec różni się tylko tym, że ma czas i środki, żeby prowadzić badania. tiaaa…)

Pominąwszy lewackie zapędy autora, książka ta jest ważna z kilku powodów, które można podsumować sformułowaniem “Dane, dziwko!”. Ogromny przedział czasowy, bogactwo źródeł i temat pomijany niestety przez większość ekonomistów sprawia, że dzięki tej pracy można wreszcie umieścić ideologiczne dysputy w konkretnych ramach. Słusznie zwraca on też uwagę na konieczność dokładności, przejrzystości i współpracy międzynarodowej w zakresie kontroli finansowej, podając doskonałe przykłady.

Ostatecznie więc polecam książkę kolegom i koleżankom ekonomistom i wszystkim tym, którym “nie znam się” nie wystarcza do “to się wypowiem”. Osobiście jednak wolę sobie dawkować tego typu dzieła, bo za dużo w tym walki z lewackim zabobonem i uświadczania bezmiaru ich kompleksów. He who fights with monsters should look to it that he himself does not become a monster . . . when you gaze long into the abyss the abyss also gazes into you.

Król szczurów

Nie powinienem czytać takich książek.

Pamiętam z liceum lektury o obozach koncentracyjnych i gułagach-czytało mi się je bardzo ciężko, wprost się męczyłem. Co gorsza, nie dawały mi potem spokoju, chodziły za mną.

Tu było nieco inaczej: dużo większy nacisk na fabułę i relacje międzyludzkie czynił historię ciekawszą, bardziej wciągającą. W dodatku, oprócz standardowych w tej literaturze kwestii związanych z niewolą, pojawia się tutaj motyw Króla, kogoś, kto nagina okoliczności i innych ludzi do swojej woli, choćby kosztem innych. Przypomina się Nietzsche, zwłaszcza, że Król nie jest raczej przedstawiony negatywnie.

Oczywiście personalność opowiadania jeszcze bardziej uwypuklała cierpienia bohaterów, w związku z czym jeszcze ciężej opędzać się od ciężkich, smutnych myśli. Bardzo poruszające dzieło.

The professor and the madman.

Uwielbiam odkrywać takie książki. Coś, czego istnienia nawet nie podejrzewałem, znienacka odkrywa przede mną całe swoje bogactwo.

Historia sama w sobie bardzo ciekawa, a gdy jeszcze przy okazji odkrywa się przede mną całą tą instytucjonalną otoczkę lingwistyki… po prostu miodzio.

Mam jednak jak zwykle kilka zastrzeżeń: po pierwsze, w końcówce trochę wieje nudą. Po drugie, to jest książka, która ma mnie bawić. Nie było potrzeby opisywać nudnej historii życia zmarłego robotnika. Wreszcie po trzecie, szkoda że autor skupił się tak bardzo na ludziach, zamiast trochę więcej napisać o samym słowniku, problemach jakie sie pojawiały itp.

Ale to są drobne tylko kwestie i w dodatku rzecz gustu. Naprawdę świetna książka, polecam.

Sherlock Holmes Omnibus, Arthur Conan Doyle

Z moich notatek wynika, że zaczęłam czytać tę książkę jakoś w lutym. 2014. Pisałam już, że niespecjalnie lubię opowiadania, co dopiero cały ich zbiór, liczący sobie prawie 2000 stron. Nie ma jednej, wielkiej, złożonej fabuły, która by mnie ciągnęła, a bardzo łatwo na cały miesiąc odłożyć tom opowiadań po ledwie 20 stronach.

Znalazłam jednak sytuacje, do których Sherlock nadawał się idealnie: jedno opowiadanie dziennie do każdego treningu, w sam raz na pół godziny na bieżni czy orbitreku. Dopiero wtedy tak naprawdę ruszyłam z czytaniem i pewnie gdyby nie siłownia właśnie, już dawno porzuciłabym zamiar skończenia tej książki.

Przyjemnie było poznać oryginały tekstów, które na tak wiele sposobów zostały przerobione przez popkulturę. Niektóre opowiadania były słabsze, inne zaskakująco dobre (i zaskakująco zaskakujące!), ale w takiej ogromnej grupie musiały pojawić się teksty obu typów. Część pewnie uciekła mi z pamięci jak tylko skończyłam czytać, inne jeszcze długo przypominać się będą w przypadkowych momentach.

I trochę smutna jest świadomość, że już nie ma więcej sherlockowych opowiadań dla mnie do przeczytania. Przez chwilę rozważałam nawet opuszczenie ostatniego z nich, żeby zawsze mieć dostęp do “czegoś jeszcze”. Ale skończyło się. Pora czekać na kolejny mash-up w postaci współczesnego tekstu czy serialu.

Wojna i Pokój

Jaaaaaaa….czego w tej książce nie było lol.

Serio nie wiem od czego zacząć, tu było wszystko. Powieść. usytuowana jest w fenomenalnym okresie wojen Napoleońskich. Przekrój przez całą niemal rosyjską arystokrację. Postacie, którym się. kibicuje i postacie, których się nienawidzi. Tu po prostu jest wszystko. Epickie sceny batalii i rozterki miłosne, małżeństwa, rozwody, kariera, rozterki moralne, samodoskonalenie się… ot miniatura życia.

Żeby jednak nie było za słodko: o ile pierwszy tom jest fenomenalny, o tyle poziom systematycznie spada i na koniec to już. jest tylko 7/10. Za dużo filozofowania, mistycyzmu i innych objawień, bleh. YOU WERE SUPPOSED TO BE THE CHOSEN ONE AND DESTROY DOSTOJEWSKI, NOT JOIN HIM :(

Dalej: sporo niepotrzebnych fragmentów. “Scena” z polowaniem na pół tomu? A komu to potrzebne? A na co to komu? A epilog też jakiś. dziwny i nie wiadomo po co. A no i sorry nie wierzę, że umieranie po chorobie bierze się z tego, że. gość. stwierdza, że. nie opłaca. się żyć.

Ostatnią rzeczą, która mi się nie podoba jest narracja. Od Napoleona nic nie zależy, ale jest głupi… no nie można mieć ciastko i zjeść ciastko… Podobnie powtarza się on milion razy: nic od nikogo nie zależy, wszystko to wynik zrządzeń boskich i woli rosyjskiego ludu. No sorry ale nie.

Sporo tych negatywów wyszło, ale pamiętajcie że to są 4 tomiszcza. Ogólnie książka jest naprawdę rewelacyjna w swej epickości u rozmachu.

Przyjdzie Mordor i nas zje

O ja. Ale hipsteriada. Taktak, książka jest o Polakach, Ukrainy tu praktycznie nie ma – zgoda. Ale sama książka nie wzbudziła we mnie tak skrajnych uczuć jak w Was. Jestem ani na tak, ani na nie. Co jak co, ale pisanie reportaży to żadna sztuka, więc nie ma “o jaaa”. Ale też nie czuję jakiejś specjalnej odrazy do autora. Prawda, wygląda na to, że stawia siebie dużo wyżej niż całą resztę swołoczy, która jeździ na Ukrainę, mimo że jest dokładnie taki sam jak oni. Kurde, serio. Jeździ tam, chleje syrop na potencję, ćpa i na dodatek traktuje z góry innych podobnych sobie. Najbardziej śmieje się ze slawistów. Lo and behold! Pisze doktorat na slawistyce.

A ludzie w tej książce są wkurwiającyyyyy. Oborzeno. Nie wytrzymam. Hipsterzy, którym mamusia daje za dużo pieniążków. Znudziło im się ćpanie w Krakowie? No to hyc do autobusu i ćpamy na Ukrainie! Yeeey! Ale odjazd!

No tak, niby że w Polsce wszystko takie samo, a ludzie są głupi. No nie wiem, w Polsce raczej już nie spotkasz pani Lucynki za ladą w suszibarze, który wygląda jak bar mleczny, którym zresztą był przed tygodniem. I pewnie na Ukrainie też nie. I pewnie nigdzie. Bo wszędzie wszystko jest już takie samo.