Dwanaście krzeseł

Nie jestem molem książkowym, ale literatura rosyjska zawsze kojarzyła mi się ze smutą, i jak ostatni raz czytałam Dostojewskiego, to rozpłakałam się i w ogóle było mi bardzo smutno. “Dwanaście krzeseł”, napisane w czasach ZSRR jako satyra na sowiecką rzeczywistość, jest pozycją wyśmienitą.
Niepozorny urzędnik pochodzenia szlacheckiego dowiaduje się o schowanych brylantach przez teściową w krzesłach, które opuściły już dawno majątek dawnego hrabiego. Wraz z napotkanym przypadkowo sprytnym Turkiem, Ostapem, ruszają w radziecką Rosję w poszukiwaniu tytułowych krzeseł. Fortele, które stosują, aby zdobyć pieniądze na przetrwanie są przezabawne, a do tego trzeba dodać jeszcze wielką nieporadność właściwie wszystkich bohaterów powieści (oprócz Ostapa), absurdalną komunistyczną rzeczywistość… i ładne krajobrazy gruzińskich gór.
A poza tym, że książka jest lekko i dobrze napisana, na końcu czai się nawet morał. Very nice.

Bracia Karamazow

Mam wrażenie, że ta reakcja wyglądałaby zupełnie inaczej gdybym nie opisywała moich uczuć w stosunku do tej książki Dudkowi przez cały czas czytania. Zaczęłabym od tego, że wszyscy w tej książce są irracjonalni. Ojciec Karamazow najpierw płacze potem się śmieje, Mitia biega dookoła jak bezglowy kurczak, “ściereczka” zachowuje się jakby nie zdawał sobie sprawy z tego co się dzieje dookoła. Główne postaci kobiece zachowują się jakby miały bipolar disorder i równocześnie miały jeszcze rozjebane od ciąży hormony. 

Ale rozmawiałam dużo z Dudem. I tłumacząc jej to co się dzieje poukładałam sobie to w głowie i już wiem, że oni mieli się tak zachowywać. Plus pomogło to, że w drugiej części książki zachowują się już bardziej normalnie, więc postanowiłam na to nie narzekać.

Podobały mi się w pierwszej części te wstawki mówiące, że zaraz coś pierdolnie. Dzięki temu chciało się to czytać, nawet jeżeli akurat był strasznie długi fragment filozoficzny. A fragmentów filozoficznych jest tu co nie miara. O religii, o rodzinie,o religii. Długie i w większości nudne. Le meh. Plus w drugiej części te wstawki mówiące co będzie dalej robią się nie tylko niepotrzebne, ale wręcz przeszkadzają w czytaniu. Bo o ile chce wiedzieć, że coś pierdolnie, to jak już pierdolnęło, to nie chce wiedzieć jak się to skończy zanim się skończy. Dlatego mimo że większość książki łyknęłam niczym młody pelikan, to miałam problem z ostatnimi 15 stronami,bo wiedziałam że nie znajdę tam już nic co mnie zaskoczy.

Co więcej cały motyw chłopców był kompletnie z dupy i nic nie wnosił, ani filozoficznie ani fabularnie, a tylko dodawał książce objętości.

W stronę Swanna

Debiut w challengu rozpoczynam z pierwszym tomem serii “W poszukiwaniu straconego czasu” autora, o którym każdy słyszał, ale mało kto czytał – Marcela Prousta. Nie dziwię się.  Książka jest bardzo długa, składa się z nigdy-nie-kończących zdań i nie ma fabuły. W dzisiejszym świecie Krótkich Wiadomości i Konkretnych Ludzi takie dzieło jest sporym wyzwaniem do skonsumowania. Na szczęście nie poddałam się po pierwszych parudziesięciu stronach, i zaczęłam czytać tę powieść nie tyle uważnie, co w poczuciu całkowitego relaksu, smakując słowa i wyobrażając sobie, że bujam sobie w chmurce (smogu:(). Dla mnie ta książka jest arcydziełem, bo we wspaniały sposób pokazuje jak życie, w każdym minimili-metrze, jest fascynujące i egzotyczne… że nasze emocje, uczucia, myśli, te też, których się wstydzimy, dodają temu życiu przypraw i kolorów. Jak każdy przedmiot, chwila, uczucie, człowiek, może nie tyle być nudnym przecinkiem, rozdziałem w naszym życiu, co kolorowym puzzlem, elementem naszej mozaiki.

13 pięter, Springer

Eh meh, trochę się zajarałam tą książką słuchając jak Mąka o niej opowiada i jak bardzo jest podjarany. Myślałam, że będą jakieś ciekawostki o mieszkaniach na przestrzeni XX wieku, że dowiem się czegoś nowego i ciekawego. W sumie spodziewałam się takiego Gottlandu, tylko o mieszkaniach.

No i, meh. Owszem, dowiedziałam się czegoś nowego – dużo o tym dlaczego nie budowało się mieszkań w okresie międzywojennym i o tym jak jakiś biedny socjalista który chciał budować mieszkania najtańsze, mieszkania dla ludu, nie mógł tego zrobić, bo go złe prawaki blokowały i obrzydliwi kapitaliści wykorzystywali system żeby na tym, ONIE, zarobić.

Plus druga część o tym jakie mieszkania na wynajem w Polsce są drogie i że ludzie muszą mieszkać z rodzicami albo wynajmować pokój i właściciele są chujowi bo wbijają do wynajmowanych mieszkań bez zapowiedzi i zachowują się jak u siebie (oh wait). Może to dlatego, że nie mam sama takiego podejścia, że muszę mieć swój dom z którego już nigdy przenigdy nie będę musiała się wyprowadzić, ale zupełnie nie rozumiem dlaczego ci ludzie narzekają. Te przypadki które są tam opisywane są skrajne. Przecież jak nie podoba ci się mieszkanie które aktualnie wynajmujesz, to po prostu wynajmujesz kolejne, gdzie właściciel nie będzie dupkiem, a jeżeli przeszkadza ci wyposażenie w stylu głębokiej komuny to, guess what, możesz wynająć takie urządzone nowocześnie.

Plus większość bohaterów tej książki to ludzie z którymi nijak jest się utożsamić albo nawet im współczuć – w większości balansują na cienkiej granicy między bezrobociem a pracą za najniższą krajową, więc nic dziwnego że ich nie stać na własne mieszkanie. Ale nieee, “ojojojoj bieedne przegrywy, przecież NALEŻY IM SIĘ mieszkanie nawet jeżeli nic nie robią bo to jest podstawowe dobro”. UGH.

A teraz kwestia kredytu mieszkaniowego, który kiedyś byłam tak “hopsiup już jutro biorę i mam z głowy” (don’t get me wrong – gdybym musiała wynajmować mieszkanie to nadal byłby to aktualny temat, ale na razie to zostawmy). Ludzie uważają to za jakiś rodzaj dorosłości – pewnie dlatego moja mama non-stop porusza temat własnego mieszkania. No ale wjeżdżanie na to że kredyty są chujowe dlatego że ludzie potracili hajsy na kredytach we frankach? No come on, jest milion innych, lepszych powodów żeby wjeżdżać na kredyty niż to że ludzie podpisywali coś o czym nie mają pojęcia. Ludzie zazwyczaj podpisują coś o czym nie mają pojęcia.

Podsumowanie: ekstremalnie lewacka, wkurwiająca książka, która próbuje być reportażem, ale nawet nie udaje obiektywizmu, tylko pochyla się z troską nad biednym proletariatem. Ale w sumie nieźle się to czyta, szczególnie drugą część.

Two Scoops of Django

Druga książka która może mi się przydać do szczęśliwego rozpoczęcia pracy w nowej firmie. Two Scoops of Django jest przewodnikiem dla początkujących, którzy przeszli już oficjalny tutorial django i teraz szukają “best practices”. Przydatna książka, bo dokumentacja tłumaczy co się da zrobić w Django, a “Two Scoops” podkreśla czego się nie powinno robić mimo że się da.

Tak więc dowiedziałam się że venvy trzeba trzymać osobno od projektów (co nie jest oczywiste ani z oficjalnego tutoriala ani z Django Girls), że settingsy najlepiej zrobić trzy – po jednym dla środowisk dev, test i prod. W książce pojawia się dużo przydatnych paczek, które można wykorzystywać (chociażby django-debug-toolbar, który podobno jest nieocenionym narzędziem przy pisaniu stron, ale jeszcze nie udało mi się go uruchomić ;( ). Szczegółowo jest też omówione tworzenie dokumentacji i robienie testów (czyli to co benki lubią najbardziej).

Całość jest przedstawiona w ciekawy sposób. Dużo grafik trochę w stylu xkcd obrazujących djangowe koncepty na przykładzie lodów (w końcu Two Scoops). Jedyny zarzut jaki mogę mieć jest nie do końca do samej książki, tylko do tego że jednak nie nadaje się za bardzo do challenge. O ile pierwsze rozdziały – setup, dobre praktyki w kodzeniu – bardzo mi się przydadzą, o tyle ostatnich kilka – deployment i okolice – to coś czym absolutnie nie muszę się przejmować, bo mam od tego ludzi, więc nudziłam się okropnie podczas ich czytania.

How to Win Friends and Influence People, CARNEGIEEE

Postanowiłam zacząć tegoroczny challenge od książki, która może mi się przydać w nowej pracy. Bo któż nie chciałby zacząć nowego rozdziału w życiu od przypływu nowych ludzi z którymi można… robić różne rzeczy? nie wiem. Co się normalnie robi z przyjaciółmi? Bo to już nie było opisane.

Ta książka kłóci się ze wszystkim, co do tej pory robiłam. Nigdy nie szczędzę ludziom przytyków, za to pochwał – jak najbardziej. Carnegie mówi że tak być nie powinno. Bo żeby “zjednać sobie ludzi” trzeba robić kompletnie odwrotnie. I to na pierwszy rzut oka brzmi jak straszny bullshit, bo przecież każdy inteligentny człowiek się zorientuje, że mówisz to po to żeby coś z niego wyciągnąć i tak nie myślisz. Ale Carnegie tłumaczy, że to właśnie nie o to chodzi. Że masz sobie znaleźć w tym człowieku punkt który naprawdę doceniasz (a najlepiej jeżeli on też jest z niego dumny) i w ten sposób nawiązać nić porozumienia.

Dodatkowo są też przepisy na manipulację. Co prawda autor na każdym kroku podkreśla, że rozmówca też ma z tego coś wynieść, wszystko ma być szczere tylko masz się bardziej otwierać na ludzi, ale nie mogę przestać myśleć o tym, jak przeczytanie tej książki w młodości wpłynęło na rozwój emocjonalny mojego Dudziaczka.