Resilience: Hard-Won Wisdom for Living a Better Life, Eric Greitens

Ta reakcja byłaby zupełnie inna kilka dni (i jakieś pół książki) temu. Bo na początku strasznie mi się podobało. Taki niechujowy self-help. O tym że nie można chować się przed bólem cały czas, tylko trzeba mu wyjść naprzeciw. I pisane przez kolesia, który był Navy Seal. Trochę byłam zdziwiona, że taki kark w ogóle umie czytać, a dodatkowo zszokowana, że czytał nawet starożytnych filozofów. Pisane w listach, więc dodatkowo będą niezbyt długie rozdziały. Brzmi jak bajka.

Problem z tą książką jest taki sam, jak z większością self-helpów. Jest za długa. Dużo myśli powtarza się kilkukrotnie. Rozumiem że czasem ważne jest powiedzenie czegoś, co wszyscy już wiedzą, żebyśmy sobie zdali z tego w końcu sprawę, ale raz. A nie kilka na przestrzeni kilku rozdziałów.

Dwa, szczególnie pod koniec, z książki przebijało to navy-sealostwo. Rozumiem, że to książka pisana do przyjaciela który też był foką, no ale w przypadku wydania tego jako książki, przydałoby się to trochę dostosować do większej grupy społecznej.

Ostatecznie, bardzo dobry start został trochę przytrzymany przez środkowo-końcową nudę i brak zrozumienia przykładów autora. I bardzo się ucieszyłam, kiedy okazało się, że ostatnie 13% ebooka to przypisy.

Advertisements

Weapons of Math Destruction

Bleh, fuj (otrzepuje się z syfu).

Wstyd mieć doktorat z matematyki i pisać w taki sposób. A szkoda, bo książka naprawdę miała potencjał, dużo w niej było wartościowych myśli. Niestety, ciężko czerpać przyjemność z lektury, gdy ktoś nie tylko ma agendę, ale wpycha Ci ją przemocą do gardła.

Ciekawe, że ta kobieta zupełnie nie nawiązała do prac z Googla, którego badacze zajmowali się szeroko tematem i mają całkiem ciekawe rezultaty.

I to wrzucanie do jednego worka modele uczenia maszynowego, kwestionariusze osobowe i BMI (????). Co to niby miało być.

Czyta się szybko, bo w sumie treść jest lekkostrawna, ale z takim niesmakiem, że nie będę polecał tej książki.

4/10

History of the World in 10 1/2 Chapters, Julian Barnes

Pamiętam, że Dudu chciała wrzucić tę książkę do challenge’u już rok temu, ale się pomyliła i na liście wylądowało “Short history of nearly everything”. Tamto też było fajne (no dobra, jest, bo nadal czytam sobie powolutku jak nie mam nic innego aktywnego), ale zupełnie inne. Tutaj mamy zestaw 11 opowiadań i esejów.

Są ze sobą luźno powiązane, czasem wręcz trochę na siłę – autor próbuje gdzie tylko się da wstawić słowo “woodworm” albo nawiązanie do Arki Noego. Moim faworytem w kategorii “łączenia na siłę” jest kiedy w opowiadaniu o dżungli facet nagle zaczyna pisać do dziewczyny o tym, że chce mieć z nią dziecko i kupić mu zabawkę w kształcie Arki Noego ze zwierzaczkami i tak dalej. Żeby nie było – nie narzekam na to.

Opowiadanka super, szczególnie podobało mi się to o dżungli właśnie, albo to pierwsze gdzie jest retelling historii Noego. No i niby się nie łączą, ale jednak wyprawy na Ararat są ze sobą połączone. Wszystko się ładnie zgrywa. Bardzo przyjemne, dobrze się czyta, nie trzeba ciągiem. Polecam.

The Conversations at Curlow Creek, David Malouf

Nie przepadam za Dickensem. Irytuje mnie jego język i styl. Jednak nie można mu odmówić tego, że pomimo grubości jego powieści, wątki fabularne zawsze były domknięte, a osobiście nie udało mi się nigdy wychwycić żadnych sprzeczności wewnętrznych w fabule, co jest tym bardziej imponujące, że wydawał swoje powieści w odcinkach. Czytając jego dzieła, zawsze wiadomo, że przypadkowe spotkania bohaterów do czegoś doprowadzą, a ostatecznie czytelnik nie będzie musiał zastanawiać się nad tym co naprawdę się tam wydarzyło.

Może to znak czasów, kiedyś pisząc książkę autor chciał przedstawić swój punkt widzenia i zapoznać grono odbiorców z tym co wymyślił. Teraz interpretacja zależy od odbiorcy i każdy może wtrącić swoje trzy grosze co do tego, jaka była prawda.

Cały ten wstęp o Dickensie zrobiłam tylko po to, żeby móc teraz napisać, że ta książka nie miała z jego twórczością nic wspólnego. Wręcz przeciwnie, czytając historię Michaela Adaira natykamy się na wiele pytań, ale bardzo mało napisanych wprost odpowiedzi. Niektóre z nich są zasugerowane tak mocno, że właściwie oczywistą jest ta jedna jedyna interpretacja. Inne – nie bardzo. Weźmy na przykład historię opowiadaną przez więźnia, w której zostaje zatrudniony do wykonania bardzo dziwnego zadania. Gdyby to Dickens pisał tę książkę, okazałoby się na pewno, że jego pracodawcy byli w jakiś sposób związani z którymś z żołnierzy. Zarówno bohater jak i czytelnik dostaliby wyjaśnienie. Wątek zostałby domknięty. Tutaj – nie. Nadal nie wiem kim była tajemnicza kobieta. Nie wiem czy Adair śledził tego, kogo chciał śledzić. Nie wiem co się stało kiedy wrócił do Irlandii. Autor nie przekazał mi całej opowieści, którą ułożył sobie w głowie od A do Z. Dał mi zalążek i teraz to moim zadaniem jest dopowiedzenie historii.

Powieści Dickensa są jak repozytoria, które zakłada się do projektów na studia – nawet jeżeli niektóre zdarzenia rozgałęziają się i dzieją niezależnie od siebie, to ostatecznie wszystko merge’uje się do jednego ładnego, ostatecznego projektu, gdzie wszystkie części idealnie się ze sobą łączą. W “Rozmowie…” z kolei fabuła wygląda jak repozytorium niedookreślonego projektu, na którym pracuje równocześnie kilka osób – niektóre wątki (branche) zostaną porzucone, inne zamknięte bez merge’owania, ktoś zapomni coś powiedzieć (wypushować), a ktoś inny będzie żałował, że zrobił to za wcześnie nie zastanawiając się nad konsekwencjami (testy). Jak w życiu.

Computer Science Distilled

Moja druga w ostatnim czasie książka o podobnym temacie (po “Grokking Algorithms”) i… całkiem inna. O ile pierwsze 2-3 rozdziały są prawie takie same w treści (takie tam wstępy, notacja O, travelling salesman etc. etc.), o tyle forma jest zupełnie inna – w Grokking… tematów jest mało, ale są naprawdę dokładnie wytłumaczone i upstrzone ilustracjami znacząco ułatwiającymi zrozumienie. Computer… natomiast stara się upchnąć jak najwięcej materiału, a obrazki mają głównie na celu heheszkowanie (xkcd i takie tam). Co więcej, scope jest w niej dużo szerszy, bo stara się przejść przez praktycznie wszystko (bazy danych, procesory, pamięć, paradygmaty, algorytmy i więcej). Nie są to jakieś absolutne podstawy, spora część z nas w końcu jeszcze do niedawna nie wiedziała np. co to jest mały i duży endian 😉 Raczej bym powiedział, że jest dużo wprowadzone, ale pobieżnie wyjaśnione. Traktować jako takie lekko napisane kompendium.

7/10

The Three-Body Problem

Zacznijmy od tego, że z nieznanego nikomu powodu byłam przekonana, że to książka o Sherlocku Holmesie (tych, którzy w tym momencie pomyślą “Hola, hola! Przecież jest w kategorii fantastyka” odsyłam do “The Study in Scarlet” Neila Gaimana). Wyobraźcie więc sobie ogrom mojego zdziwienia i rozczarowania, gdy okazało się, że fabularnie książka nie ma nic wspólnego z Sherlockiem, a tytułowe ciała są ciałami niebieskimi.

Bardzo możliwe, że początkowy zawód miał niepomijalny wpływ na mój odbiór tego dzieła. Mówiąc krótko, książka mnie nie porwała.

Po pierwsze, poszczególne elementy zdawały się do siebie nie pasować. Wyglądało to dla mnie tak, jak gdyby autor miał kilka dobrych pomysłów i koniecznie chciał je połączyć w jedną książkę, zamiast rozbić na opowiadania. Wrzucił tu więc bardzo dobry motyw gry naukowej, której celem jest odkrycie jakiegoś zjawiska, a następnie, jakby na siłę, próbował znaleźć uzasadnienie dla jej istnienia. Zdecydował więc, że jej celem jest przybliżenie mas do cywilizacji trójsłonecznej, co ma się w sprzeciwie do filozofii Three Body Society, które przecież uważa, że masy są winne całemu złu tego świata i nie istnieje już nic, co może je uratować. Może więc jednak gra ma na celu przybliżenie Obcych do ludzi z wyższych sfer? Wówczas również byłaby nietrafionym pomysłem – już na początku książki główny bohater informuje nas o tym, jak bardzo niecodzienne jest kupowanie ubrań haptycznych dla siebie, a nie dla dzieci. Dodatkowo, pierwszym celem gry “Trzy ciała” jest odkrycie praw, którymi rządzi się jej świat. Wydaje mi się, że nie jest to zbyt wymagające zadanie, odpowiedź przychodzi do głowy już kilka minut po tym, kiedy przestaniemy liczyć na to, że ktoś zaraz umrze, a z zaułka wyskoczy wysoki jegomość o orlim nosie (ja, pomimo że Dudu jasno mówiła, że jest w książce tylko wspomniany, cały czas miałam nadzieję).

Po drugie, zastanawiam się po co ten cały wstęp o rewolucji w Chinach? Faktycznie, prezentuje nam sylwetkę Ye Wenjie, tego dlaczego chciałaby by świat runął, ale to można bez problemu zbyć dwoma zdaniami. Chyba że to o to chodzi – pokazać jak wyglądał świat, za jakie głupie rzeczy ludzie byli skazywani, jakie tragedie ekologiczne to sprowadziło i cały ten obłęd, który opanował wtedy młodych ludzi. Tylko że wtedy z kolei ta część z obcymi jest całkowicie niepotrzebna. Znów wydaje mi się, że autor próbował złapać dwie sroki za ogon i przez to widać w książce zgrzyty.

Właściwie jedyną mocną stroną tej książki jest uwaga, jaką autor przykłada do szczegółów. Nie wiem, czy jest fizykiem, czy przypadkiem natknął się na tytułowy problem, ale widać, że bardzo uważnie go przeanalizował. Szkoda tylko, że nie zrobił tego z resztą fabuły.

 

Fale, Virginia Woolf

Na wybór tej książki złożyło mi się kilka czynników: rekomendacja Franka już parę lat temu, po której kupiłam ładne, skromne polskie wydanie z zamiarem natychmiastowej lektury, co oczywiście skończyło się jedynie przydzieleniem miejsca na półce; Kaśki i Janka z góry założenie, że na pewno NIE przeczytają w tym roku nic V. Woolf, więc oczywiście udowodnię im, jak bardzo ich głupie uprzedzenie działa na ich niekorzyść; inna powieść Woolf, Orlando, którą czytałam w oryginale, w jednej z pierwszych edycji naszego challengu, z której nie zrozumiałam prawie nic i która, w związku z tym, zupełnie mi się nie podobała i rzuciła długi cień na wszystkie moje podejścia do twórczości tej pisarki.

No i dobra. Fale. W moim polskim, skromnym, szaropapierowym wydaniu niecałe dwieście stron i jeszcze zgrzyt wewnętrzny, no bo jednak tłumaczenie, a nie oryginał, więc czy w ogóle będę mogła powiedzieć, że przeczytałam tę książkę, czy może znam ją tylko w tym – wtórnym jednak – przekładzie; i wszystkie pokrewne okołoteoriotłumaczeniowe wątpliwości, zupełnie już teraz rozwiane, bo jestem pewna, że jeszcze nie raz sięgnę po tę książkę w dowolnej językowej wersji. Bo to nie jest książka którą się czyta dla fabuły, to jest piękny, modernistyczny eksperyment, który rozlewa się po stronach jak tytułowe fale i zabiera czytelnika w językową podróż, ale nie do celu, a raczej dla samej przyjemności dryfowania.

Sześcioro narratorów przewija się tutaj – sześcioro przyjaciół z dzieciństwa, każde stream-of-consciousness myślące na głos, w niczyim kierunku; wszystko zebrane w (bodajże) 9 rozdziałów, z których każdy 1) opisuje inny etap ich życia, od dzieciństwa do starości; i 2) rozpoczyna się od opisu wybrzeża, od wschodu do zachodu słońca (tak, niezbyt wyrafinowana metafora, takie życie).

Wydarzenia są tu zawsze w tle, na pierwszym planie – uczucia i impresje, wspomnienia, marzenia, introspekcje, rozważania; sumą ludzkiego życia i doświadczenia nie są rzeczy, które zrobił i to, co mu się przytrafiało, a raczej jego charakter, drobne nawyki i relacje z najbliższymi ludźmi. Satysfakcjonujące było takie zamknięcie całego życia postaci w tych kilku rozdziałach, przypatrywanie się ewolucji jej osobowości i własnej oceny.

To taka książka, której trzeba dać się ponieść i nie ślęczeć nad nią w poszukiwaniu ukrytych znaczeń czy motywów. Sam język (przynajmniej polskiego tłumaczenia) stale się kołysze, wybiega do przodu, by cofnąć się o krok – i te fale to naprawdę trafny tytuł.

Polecam ogromnie, w pełni świadoma, że nie każdemu przypadnie do gustu.