The Will of the Many

Wooo, odwracacz stron! Pożarłem w kilka sesji (w tym jedna trwająca do 5 rano) mimo ponad 700 stron. Bardzo ciekawy świat w który ciekawie i przyjemnie mi się było zagłębiać (w przeciwieństwie do np. tamtego bisexual fantasy sprzed kilku lat gdzie ludki powodowały trzęsienia ziemi). Bardzo dużo uwagi skupionej jest na opresyjnym systemie (który nazywa się Hierarchią) i moralnych dylematach związanych z życiem w nim (np. Anguis są trochę jak “Żołnierze Wyklęci”, gotowi do mordowania cywilów za pasywną akceptację systemu). Podzieliłem się już na chacie skojarzeniami z krytyką kapitalizmu, najpierw luźnymi (obserwacja Visa, że w Hierarchii ludzie zgadzają się, żeby z nich wysysać energię, bo sami liczą na to, że będą wysysali w przyszłości), a pod koniec podanymi już bardziej wprost (ojciec głównego bohatera nazywa Chciwość fundamentem Hierarchii).

Boli postać głównego bohatera. Od samego początku miałem vibesy z The Name of the Wind (i jaka satysfakcja, gdy przeczytałem potem, że była to bezpośrednia inspiracja autora :D) i nie były to dobre skojarzenia. Typowy sigma male który jest zajebisty w absolutnie wszystkim co robi, śpi 2h, zapierdala 20, ale zawsze znajduje czas dla przyjaciół i poświęci absolutnie wszystko, pójdzie na najgorsze oddsy żeby ich ratować (co zawsze mu się udaje). Szkoda, bo mógł być majstersztyk, a wyszło coś przyjemnego, ale raczej nie takiego, żebym latami wracał myślami.

PS. WOO! REAKTYWACJA CHALLENGU!

Niedźwiedzi bóg, Hiromi Kawakami

W książce mamy dwa opowiadania – jedno z 1993 roku, opisujące narratorkę na spacerze z niedźwiedziem. Jest o staroświeckości, o niezrozumieniu, pogardzie i baniu się “tego innego”. Ale ciekawsze jest to drugie – z 2011 roku, po katastrofie elektrowni atomowej. Niby to samo opowiadanie, ale wzbogacone o elementy postpromienne, cały czas ma swoją starą wymowę, ale pokazuje też jak z dnia na dzień zmieniło się życie. Chciałabym przeczytać to opowiadanie też w wersji 2020, o tym jak zmieniło się życie w kontekście pandemii.

A Prayer for the Crown-Shy, Becky Chambers

Druga część serii o robocie i mnichu, jeszcze lepsza niż pierwsza (a pierwsza była w moim top 3 2022!). Bardzo filozoficzna, pyta czym jest życie, czym jest świadomość, czego tak naprawdę potrzebują ludzie, ale nawet nie próbuje odpowiadać na te pytania. Zanurza się za to w próbę odpowiedzi na pytanie o sens życia i odpowiedź którą daje jest bardzo wholesome i bardzo uspokajająca. Uwielbiam ją też za to, że wiesz że nie stanie się nic złego, cringe’owego ani nawet odrobinę niekomfortowego. I za to, że pokazuje bardzo optymistyczny obraz ludzi i ludzkiej natury.

Cat’s Cradle, Kurt Vonnegut

What the fuck ta książka. Dlaczego jest tak trippy, wydawało mi się że Vonnegut jest w miarę sane. I w sumie “w miarę” jest, ale nie do końca (a Dudu mówi, że w ogóle sporo jego książek nie jest 😀 note to self – więcej Vonneguta). Cat’s Cradle skojarzyło mi się mocno z “Going After Cacciato” – książką którą czytałyśmy na zajęcia na anglistyce. Obie są war-adjanced ( Cacciato jest o wojnie w Wietnamie, o ziomku który już nie chce i wychodzi, Cat’s Cradle – o ojcach bomby), obie zdają się być rozsądne ale im dalej w las tym dziwniej. Może u Vonneguta nie dochodzimy do aż tak dziwnych akcji jak w Cacciato, ale i tak – mi się kojarzy. Polecam tę drugą książkę, dajmy ją do challenge’u na Q1 2023.

Kurde, ale fajny był ten Vonnegut. Pojebany, ale fajny. Coś co w połowie wydawało się być kompletnie bez znaczenia na koniec wraca żeby nas kopnąć w dupę. Cała idea Bokononizmu. Damn, ile tu jest wątków, ile pomysłów. Wszystko na niecałych 200 stronach. I to o czym ta książka miała teoretycznie byc okazuje się być najmniej ważne – KOCHAM TO.

TRIGGER WARNING: jedna postać kobieca kupiła sobie męża, bo to najważniejsze dla kobiety. Druga jest praktycznie zombiakiem. Więcej kobiet w tej książce nie występuje.

A Canticle for Leibowitz, Walter M. Miller Jr.

Byłam zachwycona, ale tak ZA-CHWY-CONA tą książką przez pierwsze kilka(naście) rozdziałów. Post-apo, as seen w latach 60., opowiedziane z punktu widzenia mnichów? Było zajebiście. I to robienie z blueprintów relikwii, dekorowanie ich przez dodanie jakichś kwiatków, bo nikt nie rozumie o co chodzi – hot damn, to było i błyskotliwe i śmieszne, zajebiście się czytało. Cała historia Leibowitza i tego jak został chrześcijańskim błogosławionym (a potem świętym) – no cudownie się to czytało.

Druga część też zaczyna się całkiem przyzwoicie. Ziomeczek który w pierwszej był tyrany tutaj okazuje się jakimś bohaterem (i słusznie, to że w pierwszej był tyrany było nie fair). Ale jakoś ten przeskok o kilkaset lat jest dla mnie za słabo zaznaczony. Kinda widzę co autor chciał zrobić – mamy to samo miejsce ale skrajnie inny czas. Mamy “oświecienie”, naukowca który re-odkrywa wszystkie te rzeczy które my, genialni ludzie lat 60. wiedzieliśmy. Mamy tych postępowych mnichów, no spoko. Ale jakoś ten przeskok za mało jest zaznaczony. Za mało zmienia się struktura świata żeby to miało sens.

I dlatego też w ogóle mi nie siadła ostatnia część. W tym drugim podejściu do świata dochodzimy do “współczesności” – ludzie latają w kosmos, istnieją stacje kosmiczne. Ludzie znów mają broń nuklearną i znów jest oczekiwanie, że mimo że ją mają to jej nie użyją, bo “mutually assured destruction”… guess what.

Dla mnie jest parę wniosków z tej książki. Pierwszy to że KK jest jak karaluchy – przetrwają nawet zagładę nuklearną i zrobią zwrot o 180 stopni z “nauka beee” do “nauka yeee” tylko po to żeby wciągać młodych ludzi pozbawionych innych opcji w życiu. Drugi to że ludzie chuje i tak czy inaczej będą wojny i ktoś będzie chciał przejąć cały świat, bo czemu nie. Gdybym czytała tę książkę rok temu, to mocno zajeżdżałaby zimną wojną. Teraz jesteśmy w lekko innych okolicznościach, w nowej niezbyt-zimnej wojnie, gdzie Rosja znów macha szabelką broni atomowej, także ten. Chyba dawno “Canticle…” nie była tak bardzo na czasie jak jest teraz.

No i oczywiście trigger warning dla Dudów i Moników tego świata: jest w tej książce JEDNA postać kobieca, jest to dziennikarka w ostatniej części książki i jest kinda annoying. Nie wiem czy powinnyście blame’ować kościół czy seksizm lat 60. ale no jest jak jest.