A Short History of Nearly Everything

Ostatnią książką w tym roku była dla mnie “Krótka Historia Prawie Wszystkiego”. Das ist nicht optimal z kilku względów – po pierwsze, naspamowanych miałem już w tym roku sporo książek w tym temacie, dlatego wiele treści się powtarzało (matka Mendelejewa i wykopaliska w Szwecji będą mnie pewnie prześladować jakiś czas). Po drugie, chcąc zaznać wolności od Czelendżu (no i być pierwszą osobą, która go skończy) upchałem lekturę tej książki w zaledwie tydzień. To nieco pogarsza odbiór treści, ponieważ to jest książka, którą powinno czytać się po jednym rozdziale na dzień como maximo – w przeciwnym wypadku kończy się jak ja teraz, z głową eksplodującą od przeciążenia wiedzą od fizyki 17-18-19 i 20-wiecznej, przez paleontologię, geologię, hydrologię, klimatologię, atmosferologię, genetykę i wiele innych. Do tego dochodzi multum naukowców współpracujących, walczących, kłócących się, podróżujących, walczących z korpo, żeniących się i rozwodzących BLA BLA BLA AAAAAAAAAA JUŻ NIE MOGĘ GŁOWA MI PĘKA.

Takie 7/10, bo jednak miejscami zanadto rozwodził się autor nad niektórymi rzeczami (a może po prostu akurat te nauki mnie tak nie ciekawiły).

The Man Who Mistook His Wife for a Hat and Other Clinical Tales

Porównywał będę tę książkę przede wszystkim do “The Tale of Dueling Neurosurgeons”, po pierwsze ze względu na tematykę, a po drugie ze względu na to, że uważam “Neurochirurgów” za najlepszą książkę popularno-naukową jaką w życiu czytałem.

Ogólnie rzecz biorąc – not too bad. Jest to zbiór luźno powiązanych opisów przypadków, pogrupowanych na 4 rozdziały i owiniętych grubą warstwą filozoficznych rozmyślań. Same przypadki opisane są bardzo szczegółowo i w interesujący sposób. Prawdziwą wartością dodaną są jednak przemyślenia nad ludzką naturą, do których one prowadzą. Poprzez analizę braków, nadmiarów i modeli kanalizacji idiosynkratyzmów neurologicznych, mamy szansę na nową perspektywę na odwieczne pytania filozofii (co to znaczy, że ja to ja, czym jest świadomość, czym jest człowieczeństwo etc.).

Niestety, ostatni rozdział jest już pod tym względem sporą przesadą dla mnie – can’t handle this man! Autor już prawie wcale nie opisuje przypadków tylko przechodzi w jakiś pseudonaukowy bełkot o duchowości z którego niewiele można wynieść. Smuteczek, ale solidne 7/10.

The Yiddish Policemen’s Union

Wszystkie żydowskie powieści jakie do tej pory czytałem mają kilka wspólnych cech. Z mniejszych rzeczy, mnóstwo dziwnego żargonu, który utrudnia trochę lekturę i zapewnia specyficzny klimacik. Ciągłe wspominanie przeszłości i tęskliwego wyczekiwania lepszej przeszłości. I wreszcie filozofię “narodu wybranego” w połączeniu z filozofią “narodu prześladowanego”. O jezu jacy my biedni. O jezu jacy my wyjątkowi.

Samo opowiadanie to całkiem niezły kryminał (to chyba największa pochawała na jaką mnie stać dla przedstawicielki tego gatunku). Nawet te ciągłe użalanie się wszystkich nad wszystkim całkiem nieźle się wpasowało. Niewyróżniająca się jakoś szczególnie, ale przyjemna lektura.

Neverwhere, Neil Gaiman

Mimo że to krótka książka, to czułam że jest trochę rozczłapana. Na pewno dałoby się ją upchnąć w krótszą wersję, z zyskiem.

Bardzo podoba mi się pomysł na świat – nie trzeba o nim dużo mówić, a każdy ma ogólny pogląd jak wygląda i co się w nim dzieje. Krótko: wszyscy próbują wszystkich zabić. Podobały mi się też postaci, głównie Markiz, a w dodatkowym opowiadanku przede wszystkim Peregrine. Pomysł na akcję niestety stary jak świat i przez to dość przewidywalny, ale to nie akcja była tutaj główną bohaterką, więc nie ma na co narzekać.

W posłowiu Gaiman napisał, że szykuje się coś dużego związanego z Neverwhere (a wydanie jest już po serialu radiowym, więc to nie o niego chodziło) – czekam z niecierpliwością, bo mam nadzieję że będzie to książka, kolejna część eksploracji drugiego Londynu którą łyknę z takim samym zaciekawieniem jak tę.

Welcome to Night Vale

Uuuuuughhh….

To było zbyt wiele dla mnie. Po prostu nie mogłem handlować z taką ilością absurdu i bzdury. Historia całkiem ciekawa, postacie również bawiły i generalnie były sympatyczne, ale atmosfera robienia wszystkiego “na opak” po jakimś czasie robiła się zbyt przewidywalna i monotonna. Wielostronicowe elaboraty dotyczące jakiegoś niemożliwego zjawiska po jakimś czasie zaczęły zlewać się ze sobą jedne z drugimi.

That being said, kilka scen było autentycznie zabawnych, szczególnie wszystkie z naukowcem (chłopakiem Cecyla). Chichotałem jak szalony przy opisie “metody naukowej”.

5/10

Look who’s back

Dużo było heheszków przy tej książce, oj dużo.

Niemniej nie widzę innej wartości, która by płynęła z lektury tej pozycji. No niby jest tu zawarta jakaś przestroga. Ja ją rozumiem nieco ogólniej. “Uważajcie ludzie co promujecie, nawet jeśli Wy nie bierzecie tego na poważnie”, a może tylko dorabiam ideologię. Bo to, że nazizm mógłby się odrodzić przez Hitlera-śmieszka, to faktycznie absurdalny pomysł (bardzo chciałem tu użyć angielskiego słowa preposterous – jakoś tak swoim brzmieniem wydaje się podkreślać absurdalność, nie uważacie?🙂 ).

Z kolei to, że obecnie promowani są ludzie, których inni oglądają/słuchają “dla beki”, a sami sobą nie prezentują kompletnie nic to fakt. I to dość smutny fakt.

Kończę, bo zszedłem z tematu książki. Długo mi to nie zajęło, jakieś 5 zdań.

Trigger warning

Uh, miała Kaśka rację, że pisanie reakcji z opóźnieniem jest trudne. Będę szczery i powiem, że miałem spore trudności, żeby przypomnieć sobie o czym były te opowiadanka. No ale do rzeczy.

Przede wszystkim bardzo spodobał mi się pomysł, żeby na wstępie napisać parę słów o każdym opowiadaniu. A to coś o tym skąd się wziął pomysł, trochę o tym co autor miał na myśli. Ale o ile pomysł dobry, to wykonanie trochę gorsze. Niektóre z tych wstępów nie wnosiły tak naprawdę nic. Może problem jest taki, że czasem autor po prostu coś napisze bez większej głębi. Nie wiem, w końcu nie piszę nawet do szuflady.

Co do samych opowiadań, to były dobre. Chyba jeden z lepszych zbiorków jakie czytałem. Wygrywa na pewno Sapek. Borges miał na pewno więcej głębi, ale gorzej mi się go czytało, więc niech będzie remis. Nomen-omen to właśnie to nieco Borgeso-podobne opowiadanie podobało mi się najbardziej. To gdzie 2 ziomków idzie do jaskini, w której można dostać cokolwiek się chce, ale traci się za to cząstkę duszy. Przebija w tym opowiadaniu to co u Borgesa, czyli przekonanie bohaterów o nieuchronności losu i pogodzenie się z nim.

Dobre były jeszcze te straszne opowiadania, szczególnie o tym dziecku, które opowiadało co potwory robią z ludźmi, jak wysysają wnętrzności i później sama powłoka dynda na wietrze. Zaskoczenie mnie nie zaskoczyło, ale było tak bardzo creepy, że daję okejkę. I to z dziewczyną opaloną też dobre ze względu na formę.

Ogólnie dużo dobrego tu było. Jak dla mnie 9/10.