Geograf przepił globus.

Z początku irytowałem się i niecierpliwiłem, ale wkrótce wciągnęła mnie i poruszyła fabuła tego filmu.

Ale zakończenia za nic nie rozumiem. I w ogóle leci jeszcze ta smutnawa muzyczka z napisów końcowych… no to o co właściwie chodzi? Jak będę miał siłę to przeczytam stronę na wikipedii po rusku, bo reszta słaba.

A Евге́ния Влади́мировна do rankingu! Zupełnie w moim typie, przeklęta…

EDIT: Tak po przeczytaniu reakcji Marty: z tym świętym może powiedziane za mocno (chyba po to, żeby widzowie zrozumieli, że to jest kwintesencja podejścia bohatera), ale przekaz wydaje mi się, że rozumiem. On po prostu chce znaleźć szczęście i spokój. Znaleźć, nie walczyć o ich zdobycie albo utrzymanie! O to zresztą żona ma do niego pretensje, że jemu jak gdyby nic się nie chce = wg niej na niczym mu nie zależy.

Bracia Karamazow, Fiodor Dostojewski

Zwrócono mi uwagę, że strasznie długo czytałam zarówno początek, jak i koniec tej powieści, za to środek minął mi w zabójczym tempie. Bo rzeczywiście, ciężko jest się wkręcić, ciężko potem skończyć, kiedy już wiadomo o co chodzi, a środek napędza się zapowiedzią jakiegoś strasznego wydarzenia, dzięki czemu idzie się do przodu dużo szybciej niż w przypadku kilku ostatnich rozdziałów.

Rozwodziliście się nad wartością Dumasa jako arcydzieła i Dostojewski, zdecydowanie, też arcydziełem jest. Uwielbiam u niego tę moralną szarą strefę, mimo że on sam miał poglądy mocno radykalne i sprecyzowane. Jest też w literaturze rosyjskiej coś, czego ze świeczką szukać w innych krajach: poczucie, że to naprawdę literatura narodowa, do szpiku kości przesiąknięta pytaniami o stan narodu, używająca fabuły tylko jako pretekstu dla oddania pewnego klimatu intelektualnego i moralnego. Dwa końcowe duże monologi w książce to dwa walczące o dominację nurty myśli rosyjskiej XIX wieku i mimo że to monologi, czyta się je z zapartym tchem.

Nie mogę się już doczekać Idioty.

Hrabia Monte Christo, Aleksander Dumas

Wow. Aż do momentu, kiedy zaczęłam czytać tę książkę nie wierzyłam, że będzie aż tak przyjemna. Pisana tak przystępnym językiem, brzmi bardziej jak historia opowiadana ustnie, niż książka. Pewnie gdybym miała trochę więcej wolnego czasu przeczytałabym to w tydzień. No ale, aram nie poczeka.
Oprócz lekkiego języka, jest też historia. Historia, w której czytelnik od początku jest rzucany w wir wydarzeń, nie ma długich wstępów szkicujących tło historyczne i backgroundy bohaterów. W ogóle, mam wrażenie że autor nie przygotowywał się na to, że książkę będzie czytał ktoś oprócz jemu współczesnych mieszkańców Paryża, bo pojawiają się rzeczy typu “czytelnik pewnie pamięta jaka to była zbrodnia w tamtych czasach” albo wręcz nawiązania do miejsc, które powinny nam być dobrze znane.
Nie rozumiem jednego: Monte Christo chciał zabić dzieci swoich katów, ale te dorosłe dzieci (mimo że akurat nie były chujkami jak tatusiowie), a jak przypadkiem umarł dzieciak, to olaboga, co teraz. Phi. Wyrósłby kolejny Bendetto. A tak – po problemie.
No i plan hrabiego owszem – super. Ale to chyba tylko wygląda na obliczone, a tak naprawdę bardzo opiera się na przypadku. No bo nie wyszłoby z prokuratorem, gdyby jego żona nie była szaloną trucicielką. Z Danglarsem nawet nie wiem co się stało, że nagle stracił cały hajs. Ten na C właściwie sam mu się rzucił pod sztylet.
Ale, przypadek czy nie, książka cudo i będę ją wspominać dobrze :D

Gra w klasy.

Teoria bełkotu:

Opowiadania, które są tylko i wyłącznie bełkotliwe, nie mają z reguły większego sensu. Bełkot łączy się więc najczęściej z czymś. Jest na przykład humorystyczny bełkot/słowotok w opowiadaniach Gogola (szczególnie tych krótkich, tak zapamiętałem zbiorek “Ożenek”, polecam).

Jest też “bełkot filozoficzny” i jego przykładem jest ta książka (czasem popada w to trochę chociażby taki Lem). Bohaterowie spotykają się, trochę jak my, żeby chlać i słuchać muzyki, tylko zamiast grać w różne gry, pieprzą bez ładu i składu na tematy filozoficzne :P

Ja nie mówię, że to nie byłoby fajne. Oczyma wyobraźni widzę siebie spamującego Arkowi i Marcie o wpływie myśli Maxa Webera na rozwój teorii ekonomii, podczas gdy Kasia gdzieś z boku opowiada Karolowi o tym jak zgwałcił ją murzyn. W tle nie unosi się co prawda dym papierosów (a fe!), ale nutki jazzowe jak najbardziej. Innymi słowy – reaktywujemy projekt “wieczorek literacki” (szczegóły wkrótce za 2 miesiące).

Bełkot jednak w połączeniu z trudnym słownictwem i mocno chaotyczną, urywaną kompozycją, czyni tą książkę potwornie ciężką w lekturze. W sumie wyniosłem z niej kilka fajnych scen/cytatów, ale całościowo mnie nie powaliła. Kto wie, może kolejna lektura coś tu pomoże.

The Illustrated Man (US edition)

Bardzo przyjemne, krótkie opowiadania, które są dokładnie tym, czego się po opowiadaniach spodziewam: małym, domkniętym projektem, opartym na pomyśle, który niekoniecznie ma się ochotę rozwijać w dłuższą fabułę.

Nie lubię pisać reakcji do opowiadań, bo tak naprawdę każde z nich zasługuje na oddzielny komentarz, a wtedy tekst zamienia się w listę i czyta się go okropnie. Dlatego wspomnę tylko, że bardzo podobał mi się pomysł, żeby spiąć te wszystkie historie klamrą – tytułowym ilustrowanym człowiekiem. A z samych opowiadań chyba najbardziej przypadło mi do gustu The Exiles, z gościnnymi występami największych nazwisk światowej literatury okołofantastycznej. (Wiem też, że Usher II pojawia się w wydaniu brytyjskim, ale traktuję to jako część Kronik marsjańskich, które i tak będę czytać).

The Game

Plot-twist na plot-twiście zapijany sokiem z plot-twistu. Całość tak nieprzewidywalna, że aż kompletnie przewidywalna. No nie wiem, spodziewałam się czegoś, co wbije mnie w fotel.
Nawet nie wiem co pisać. Jestem trochę rozczarowana, bo miałam co do tego filmu dużo większe oczekiwania. Chyba że czegoś nie zauważam, to przepraszam.