The disappearing spoon

Łyżeczka z początku zapowiada się bardzo podobnie do neurochirurgów – pasjonująca historia układu okresowego z mnóstwem anekdotek, ciekawostek i pięknego języka w tle.

Gdzieś koło połowy zaczęła się jednak zmuła, jakby autor dostał zadyszki, albo chciał już skończyć książkę, ale kazali mu napisać więcej.

Z czego to wynika? Wydaje mi się, że głównie zabrakło struktury – mieliśmy w zasadzie powieść, która przeszła w zbiór luźno powiązanych opowiadań, które są ciekawe, ale to jednak nie to samo. Niby nie wiedziałem, ze Skłodowska była kobietą o wątpliwej reputacji, ale jak to nie miało wpływu na resztę historii, no to meh.

Time for revelation: Fun = Structure * Content

Poza wyjaśnieniem powyższych rozważaniań, równanie dostarcza dodatkowej refleksji: jeśli zawartość jest wystarczająco dobra, to nawet niewiele struktury lub jej zła jakość nie przeszkodzą zanadto czerpać przyjemność z lektury. Tak też było z kilkoma rozdziałami w ostatniej części, które były tak dobre i ciekawe i umysłdmuchające, że zapominałem o całym świecie, zupełnie jak w pierwszej połowie książki.

Jeśli zimową nocą podróżny, Italo Calvino

Rozumiem czemu ta książka może się nie podobać. Tak, jest dużo prania mózgów jakie to czytanie jest wspaniałe. Tak, ciężko się wkręcić w tę pokręconą główną fabułę, pełną jakichś dziwacznych, rewolucyjnych sił. I, tak, ten wątek “romantyczny” prawdziwie tragiczny miejscami.

Ale nie do końca o to chodzi. Dla mnie to taka książka, która nie ma zamiaru wychodzić poza swój świat; ma być spójna wewnętrznie, a nie w zestawieniu z rzeczywistością. Wszystkie te mini-powieści, które nigdy nie są a niby mają być zawsze tą samą historią, mimo wszystko puszczają do siebie oko powtarzającym się motywem czy nazwą. No i w kilku przypadkach aż skręcało mnie, gdy historia urywała się w wyjątkowo ciekawym momencie, jednocześnie zmuszając do wyobrażenia sobie co było dalej. Autor jest bardzo widoczny w tekście, ale lubię, kiedy literatura nie próbuje maskować swojej sztuczności.

No i absolutnie zachwycił mnie ten jeden z ostatnich fragmentów, gdzie wszystkie tytuły tych niedokończonych powieści tworzą pierwsze zdanie kolejnej książki. I dziennik Silasa Flannery’ego. I to jak bardzo męczyła mnie ta książka po kilku stronach, a jak bardzo wciągnęłam się w nią parę rozdziałów później. I ten komicznie pornograficzny fragment japońskiej powieści. Mam wrażenie, że można w tej książce kopać i kopać, i nigdy nie dotrze się do tej samej rzeczy. Cudeńko.

Jeśli zimową nocą podróżny

Ciężko to ocenić. Zawsze tak jest ze zbiorami opowiadań, bo możesz mieć jedno wspaniałe opowiadanie otoczone gównem, możesz mieć przeciętną całość. Tutaj dochodzi jeszcze jeden problem, bo poza opowiadaniami mamy jeszcze “główną fabułę”, którą też trzeba jakoś ocenić. A całość, włącznie z fabułą, jest okropnie nierówna.

Wydaje mi się, że ta książka to stuprocentowe przeciwieństwo “The Illustrated Man”. Tutaj fabuła łącząca jest dość ważna, nie była pisana tylko jako łącznik pomiędzy kolejnymi opowiadaniami, bardziej to opowiadania dopasowują się do tego, co dzieje się teraz z Czytelnikiem. Bo zaczynamy od czegoś dość prozaicznego, rodem z naszego świata: prosta książka, pewnie kryminalna i prosty człowiek, który ją czyta. I coraz bardziej zagłębiamy się w sekwencje senne, a opowiadania stają się coraz dziwniejsze. Aż w końcówce nie wiadomo właściwie co jest czym ani skąd się tam bierze. Co jest prawdą, a co nie.

Teoretycznie, gdybym była inteligentna i oczytana, to mogłabym tutaj opisywać to wszystko, do czego Calvino się odnosi. Ale nie jestem i nie wyłapałam tych rzeczy. I pewnie tych ośmiu czytelników pod koniec też powinno mi coś powiedzieć, może odnoszą się do tego, co wyrażały kolejne opowiadania? Ale nie znam się, to będę siedzieć cicho i następnym razem, niczym Ludmiła, sięgnę po zwykłą i prostą książkę dla prostych ludzi.

The Undermajordomo Minor

Cudeńkooooooo!

 

Przezabawna, ciepła, przesympatyczna powieść, napisana dokładnie takim językiem, jakim sam lubię się czasami wypowiadać dla zgrywu.

Historia z pozoru banalna, ale sporo w niej nieoczekiwanych plot twistów, a momentami przechodzi w kompletny absurd.

Cośtam trochę jest przemycone filozofii “braku filozofii” i pogardy dla idealizmu, przekazane znów zabawnie i autentycznie.

Ale zdecydowanie największą wartością jest jęęęęęęęzyyyyyyk!!! Dyskusja o tym, czy Lucy “szpiegował” zaglądając do chatki, to Sapkowski na sterydach.

Sidenote: Wciąż nie mogę się nadziwić, że bohaterom książek i filmów i w ogóle ludziom w życiu wydaje się, że emocje uzasadniają i usprawiedliwiają słowa, czyny i postawy. Tutaj akurat szczególnie naszło mnie to, kiedy Klara nie wiedziała czemu, ale czuła, że należały jej się przeprosiny, więc się obraziła. Like wtf people? :S Like get your shit together…

Jeśli zimową nocą podróżny

Oh well, trzeba napisać reakcję :D

Jakoś tak nie chce mi się. Pewnie dlatego, że książka mnie nie powaliła. Ponoć był to jakiś matematyczny eksperyment literacki blablabla.

Niektóre z pozlepianych opowiadań były bardzo fajne, szczególnie jedno bardzo skojarzyło mi się z Borgesem, no ale ucinanie ich po 3 stronach trochę im ujmowało :>

Zresztą najlepsze w książce było właśnie zlepianie, dużo mniej sztucznie to wyglądało niż w The Illustrated Man, kudos.

Ale już przemyślenia autora na temat tego czym jest czytelnictwo, literatura itp… bieda. Wątku “miłosnego” nie skomentuję.

5/10

Waterland

Kompleks Edypa. Tylko tatusiowy chyba. Nie wiem jak to się nazywa w tej wersji. Ale to druga książka tego autora, która się skupia na tatusiu głównego bohatera, więc coś w tym musi być, nie?

Pierwsze 50% było nudne. Do pożygu nudne. Poważnie, ta książka miała tylko 300 stron, dlaczego tak długo się z nią męczyłam? Bo była nudna. Nudna, nudna, nudna.

A potem przyszło drugie 50%. Pewnie myślicie, że zrobiło się ciekawiej? Owszem, jeżeli interesuje was kto z kim i gdzie sypia. MNIE NIE. Ale ta część zrobiła się też popierdolona. Kompleks Edypa, ten tatusiowy. I jedna dziewczyna sypiająca z trzema facetami.

Historia zatacza koło bla, bla, bla. Powiedz nam to jeszcze bardziej w twarz. WIEMY. TAK. O tym napisałeś książkę. I była nudna. Śmiertelnie. Ta flegma, o której cały czas piszesz. BRAWO.

Waterland, Graham Swift

Pierwsza książka w tym roku i to od autora, którego już znałam i którego książka była bardzo miłym zaskoczeniem. Dlatego spore oczekiwania i może dlatego właśnie lekki zawód, gdy bardzo długo nic się nie działo. W sumie nie oczekuję od książek, że będzie się w nich ciągle coś działo, jednak ta nielinearna narracja, gdzie stale podpuszcza się czytelnika dla stopniowania napięcia, nie sprawdziła się, bo zbyt długo zajęło mi dobrnięcie do samego końca. Druga połowa jest jednak dużo żywsza i zadecydowała o tym, że nie narzekam na całokształt. Dobry ten Swift, znowu.

Więc historia, która zatacza koła i studia nad historią jako zabawa w detektywa. I motywy, które powtarzają się w kolejnych pokoleniach. I w sumie pasjonujący główny wątek (chociaż po Shuttlecocku wszędzie szukałam jakiejś podpuchy, że to jednak nie zdarzenia zrelacjonowane wiernie, a tylko pewna wersja tego, co się stało; chociaż kto tam wie, czekam aż Dudu skończy czytać, żeby to przedyskutować). I okazuje się, że powstała ekranizacja, z wyborną obsadą i przyzwoitą średnią oceną, i tu też czekam aż Dudziak się pospieszy z finiszowaniem, żeby obejrzeć.

W ogóle uwaga na marginesie, że jakoś wydaje mi się, że nie znam w ogóle współczesnej prozy angielskiej. I ogólnie jestem w plecy z tym co się działo w literaturze 1980-2010. NADRABIAJMY.

I, yay, FIRST in 2016.