Przemiana, Kafka

Kafka był już analizowany przez tyle osób i tyle razy, że ciężko powiedzieć o nim coś nowego. Będę więc mówić stare rzeczy.

Bohater budzi się, stwierdza że jest wielkim żukiem i myśli że najdziwniejsze co się stało tego dnia to to, że budzik nie zadzwonił. I tak sobie żyje potem jako ten cholerny żuk, zastanawiając się dlaczego rodzina nim gardzi. To ciekawe – poznajemy historię z jego punktu widzenia, wydaje się, że pomimo przemiany zachował zdolność logicznego myślenia, ale właśnie – zupełnie nie łapie, że sytuacja w której stawia rodzinę jest, mówiąc delikatnie, chujowa. I że kurde, jest wielkim żukiem, którego jedynym zajęciem jest zwisanie z sufitu. No to błagam, po co.

I w sumie rodzina, którą utrzymywał ten ziomek. Na początku wszyscy hurr durr jak my teraz przeżyjemy, przecież ojciec stary, matka stara, córka młoda, tylko syn mógł zarabiać. A tu nie dość że sobie poradzili, to jeszcze na dłuższą metę wyszli na tym dobrze – ojciec przestał leżeć jak stary wieprz na fotelu, matka narzekać, córki nie miał kto rozpieszczać.

Czy to miało być o tym, że czasem lepiej wyjść ze swojej strefy komfortu, żeby rozkwitnąć niczym kwiat na wiosnę? Dobra, teraz idę czytać to co napisali na ten temat inni ludzie.

Piknik na skraju drogi, Strugaccy

Po przeczytaniu reakcji Janka i Marty i zachwytów, które wcześniej słyszałam, zastanawiam się czy czytaliśmy tę samą książkę. Co prawda pomysł przedstawienia życia ludzi po “pobycie” obcych faktycznie ciekawa, ale nie wiem czy faktycznie nazwałabym to sci-fi. Bo nauki nie było w tym w ogóle, a to, że strefa powstała przez lądowanie obcych jest jak dla mnie kompletnie pomijalne. Widzimy głównego bohatera i jego życie kręcące się dookoła Strefy.

Dodatkowo, główny bohater jest completely unlikable – nie będzie pracował bo niby wydaje więcej na fajki niż może zarobić. No to niech kurwa przestanie tyle wydawać na fajki, dżizas. Tępa kurwa. Eh, nie zawsze przeszkadza mi to, że główny bohater jest pijakiem i złodziejem, ale w tej książce mam wrażenie że autorzy chcieliby żebyśmy go lubili.

No i fabuła ma jakieś kompletne przeskoki, często nie wiedziałam co tam dokładnie się dzieje. Może miałam jakąś pojebaną wersję. Bo co z tego, że te Strefy układają się tak a nie inaczej? Na co umarł ten rosjanin na początku? Dlaczego córka stalkera wyszła taka a nie inna? Co takiego ujebało nogi temu gościowi? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.

Sirens of Titan

Zupełnie nie tego się spodziewałem 😀
Zapamiętałem z jakiegoś mema, że Vonnegut jest uważany za “fancy” filozoficznego pisarza. I rzeczywiście, książka porusza mocno filozoficzne kwestie, przede wszystkim problem celowości życia i wolnej woli.

Moje zaskoczenie wynikało z faktu, że tematy te nie były poruszane wprost przez dywagujące postacie lub narratora – raczej sama fabuła i konkretne wydarzenia skłaniają do takich refleksji. Dzięki temu książka nie wydaje się przy tym napuszona czy pretensjonalna. Dzieło to ma już swoje lata – elementy “science-fiction” są w niej niezwykle toporne jak na dzisiejsze standardy, jakby autorowi nie chciało się wymyślać bardziej wiarygodnych zdarzeń, scenerii, czy fizyki.

Ostatecznie jednak daję 9/10, bo książka była zwięzła i to the point, zarazem ani odrobinę nie spłycając treści, które miała przekazać. Gorąco polecam.

Weapons of Math Destruction

Dudek ostrzegał, że striggeruje mnie ta książka, bo lewactwo w niej zawarte triggerowało nawet ją (nie mówię tutaj oczywiście, że Dudź jest lewakiem, tylko że bardziej w lewo niż ja 😛 ). I owszem, striggerowała mnie, ale wydaje mi się że w innym sensie niż ją.

Czytając tę książkę, przypomniała mi się dyskusja, której słuchałam studiując na anglistyce. Brała w niej udział grupka studentek i doktorantka. Rejestracja na zajęcia na anglistyce odbywa się przez usosa, metodą “kto pierwszy ten lepszy”, co jest odrobinę wkurwiające, bo na ciekawsze zajęcia zazwyczaj już po kilku sekundach nie ma miejsc. Studentki postulowały żeby wywalić w ogóle rejestrację przez usosa i wrócić do tego co było wcześniej, a doktorantka, która musiała się rejestrować w czasach przed usosem, bardzo temu oponowała. Otóż przed usosem, rejestracja polegała na ustawieniu się w kolejce przed pokojem. Do pokoju ludzie byli zapraszani pojedynczo, a pan <insert imię które zapomniałam here> wpisywał takiego człowieka do zeszyciku na stronie odpowiednich zajęć. Jak nie było miejsca na zajęcia, to nie wpisywał i kazał sobie wybrać inne. Zdaniem studentek, taki system był dużo bardziej “fair”, bo nie zależał od algorytmu. Oczywiście jest to dokładnie ten sam algorytm, tylko z pominięciem czynnika komputerowego, przez co rejestracja zamiast kilka sekund zajmowała kilka godzin (poważnie, teraz do rejestracji ręcznej, która w 90% przypadków nic nie może zmienić ludzie ustawiają się w kolejce >12h wcześniej; nie chcę wiedzieć co by było w przypadku osobistej rejestracji na wszystkie zajęcia – tydzień wcześniej?).

Bo najważniejsze co mnie w tej książce wkurwia, to przypierdalanie się do tego że programy są złe i powodują pogłębianie się biedy i nierówności społecznych. No umówmy się, one niczego nie robią. Za to ludzie, którzy słuchają bezmyślnie algorytmów już tak. I tak, ona tam cały czas mówi o tym, że nie dajemy feedbacku i to jest problemem. No ale come on, po prostu zostały źle napisane. Nie mówmy od razu, niczym studentki anglistyki, że wszystkie komputery są złe i powinny umrzeć. Co prawda to że wszystkie algorytmy są złe to nie jest do końca to co autorka mówi – treść książki jednoznacznie sugeruje, że złe są te, które nie przyjmują feedbacku i których “zarządzenia” ludzie przyjmują bezkrytycznie. Ale jest w niej coś z “fearmongering”u. W całej książce jest jeden przykład dobrego algorytmu, związanego ze sportem. Reszta jest używana do manipulowania ludźmi i powoduje powiększenie nierówności społecznych.

Mój drugi najważniejszy problem z tą książką, to rozdział o targetowanych reklamach. Czy biedni ludzie nie umieją googlać? Czy nie mogą sobie znaleźć tych badań, które autorka cytuje, a które mówią o tym, że for-profit universities są bez sensu? Jeżeli ktoś podejmuje ważne życiowe decyzje – a taką jest rozpoczęcie studiów – bez zrobienia nawet odrobiny reaserchu, no to chyba mu nie zależy. Albo jest głupi. Tak czy inaczej – nie widzę w jaki sposób to będzie bardziej dotykać biednych ludzi dlatego właśnie, że są biedni. A teraz kolejna anegdotka, tym razem o payday loans. Musiałam googlać co to, ale już wiem ( i uwaga, PIERWSZY wynik w google to investopedia, która mówi  o tym że one są bardzo wysoko oprocentowane; no ale przecież biedni ludzie nie umieją korzystać z google wg autorki tej książki). Polska nazwa na nie to “chwilówki” – wysoko oprocentowane, krótkoterminowe pożyczki.

Moja babcia nie potrafi obchodzić się z pieniędzmi. Jeżeli założymy (poprawnie zresztą), że ja nie potrafię obchodzić się z pieniędzmi, to moja babcia jest “all that and more”. Pewnego dnia zażyczyła sobie, żeby dodać do jej konta debet. Nie wiem jaka jest profesjonalna definicja, ale dzięki temu że ma ten debet, może schodzić ze stanem konta poniżej 0 – w jej przypadku aż do -1000zł. Teraz moja babcia myśli sobie, że ma co miesiąc do wykorzystania emeryturę + 1000zł. I oczywiście, o dziwo, zawsze jej brakuje (tbh moja babcia faktycznie ma żałośnie niską emeryturę, ale mimo wszystko większą niż to, za co ja żyłam na studiach, nawet biorąc poprawkę na leki, które musi przyjmować).

Nie przeczę, że jest jakiś procent ludzi, którzy biorą chwilówki bo im coś wypadło, a prawdziwy bank nie da im kredytu. Ale tacy ludzie nie będą brali kredytu dlatego, że wyskoczyła im reklama online – mogą co najwyżej pójść do takiego, a nie innego parabanku. Reklamy wycelowane są bardziej w ludzi, którzy nie mogą przeżyć “do pierwszego”, a ich, podobnie jak mojej babci, zupełnie nie jest mi szkoda. Autorka karcąco odnosiła się co prawda do tego, że ludzie ze średniej i wyższej klasy sądzą, że biedni ludzie zasługują na to, co ich spotyka. No ale jeżeli ktoś bez powodu bierze chwilówkę, wiedząc że to jest gówno oprocentowane bardziej niż bimber, no to czyja to jest wina jak nie jego?

Trochę nawiązując znów do tego, co napisałam na początku. Przez całą książkę jest “zło zło złozłozłozłozłozuozuoooooooooo”, a dopiero w sekcji “conclusions” dowiadujemy się o jakichś dobrych inicjatywach okołomachinelearningowych. Zdaje się, że o wykrywaniu dzieci, nad którymi ktoś się znęca. I dopiero wtedy dowiadujemy się też, że żaden algorytm nie ma 100% skuteczności. Dowiadujemy się w jednym zdaniu, a w następnym jest powiedziane “ale to nic”. No jakto nic? No przecież cała książka jest oparta na tym, że jednak coś. Nie mówiąc już o tym, że jeżeli otagujemy dziecko jako takie, nad którym ktoś się znęca, to opiekunowie takiego dzieciaka muszą pewnie przejść przez piekło żeby udowodnić, że tak nie jest? A co, jeżeli pochodzi z biednej rodziny albo mieszka w gorszej dzielnicy? Takie dzieci na pewno będą tagowane częściej, bo tego mamy więcej przykładów w danych. Czym to się różni od tego, co autorka nazywa WMD? Nie dowiemy się, bo jest opisane w jednym akapicie i nie wiadomo co z niego wynika.

I kolejna (na pewno nie ostatnia) rzecz która jest w tej książce słaba, to pojawiająca się pod koniec swoista przysięga Hipokratesa dla Data Scientistów. Wygląda jak coś, co mogłaby napisać typowa tumblrina. Nakłada na ludzi zajmujących się machine learningiem jakieś ograniczenia, podczas gdy to ta druga strona – używająca algorytmu – powinna się mieć na baczności (bo jak dowiadujemy się kilka stron później, programy nie są nieomylne).

Zupełnie mi się to nie podoba. Cała książka to takie “dziewczyny z anglistyki” logic. Kiedyś było źle, ale to że źle powodowali ludzie. Teraz też jest źle, ale jest mniej ludzi a więcej komputerów, więc po pierwsze na pewno komputery chujowe i robią mi na złość, a po drugie wróćmy do tego co robili ludzie.

Człowiek z Wysokiego Zamku, Dick

Lubię Dicka. Chociaż to zdanie lepiej brzmiałoby po angielsku, głównie ze względu na moje szczeniackie (albo jak inni je nazywają, ŻAŁOSNE) poczucie humoru.

Mam wrażenie, że narracja u Dicka jest zawsze jakaś bezuczuciowa, wręcz psychopatyczna. To dziwne, bo cały czas opisuje jak się kto czuł i dlaczego i jakie rzeczy chodziły mu po głowie, ale zawsze jest to właśnie po prostu opis. Zdania które buduje narrator zwykle nie są emocjonalne. Dają nam znać co chodzi po głowie bohaterowi, ale nie zachęcają czytelnika do empatii, właśnie przez to w jaki sposób są zbudowane.

Miałam to poczucie oderwania narracji od akcji podczas czytania Ubika i ponownie tutaj. O ile nie czuć tego przez cały czas, o tyle bardzo rzuciło mi się w oczy w momencie kiedy jeden z bohaterów kogoś zabija. Po miesiącu męczenia się z Anną Kareniną przyzwyczaiłam się już do tego, że narrator miesza się w uczucia postaci i jest jednym z narzędzi, które autor stosuje aby postawić czytelnika w środku akcji – tuż obok postaci.

Podobnie jak w Ubiku, również tutaj zastosowanie tego swego rodzaju oderwania było bardzo uzasadnione – mamy tu przecież do czynienia z historią alternatywną, więc autor nawet nie będzie nas próbował przekonywać, że rozmawiamy tu o prawdziwych ludziach. Nie, są tylko teatrem marionetek, które oglądamy siedząc w pierwszym rzędzie.

Dwanaście krzeseł

Meh meh.

Taki Gogol dla ubogich – humor nie tak absurdalny, historia nie tak zakręcona, ironia zbyt przeszyta hejtem, ale całość jakoś tak podobna w odbiorze.

Bałem się, że nie strawię tej książki, że Ostap będzie chujem dla wszystkich non-stop. Trochę był, ale stać go też było na wspaniałomyślność, ostatecznie dało się go nawet lubić.

Karol nie napisał za dużo i ja lepszy nie będę – ot takie czytadło, dłużyło się momentami (chociaż scena z szachistami pierwszorzędna!)

7/10, lekko naciągane.

 

Wypychacz Zwierząt, Jarosław Grzędowicz

Żeby stereotypowi stało się zadość, to Karol w kategorii ‘otwartej’ wybrał sobie fantastykę 🙂

Muszę przyznać, że Grzędowicz pisze naprawdę niezłe opowiadania – wychodzą mu chyba nawet lepiej niż Pan Lodowego Ogrodu. Już Księga Jesiennych Demonów mi się podobała, choć nie zapadła mi w pamięć, a Wypychacz Zwierząt jest jeszcze lepszy.

Nie będę odnosił się do wszystkich opowiadań, przepraszam 😦 Jest ich jednak trochę za dużo. Najlepsze, to moim zdaniem „Buran wieje z tamtej strony” – znakomity klimat śnieżnej syberii, do tego historia alternatywna, gdzie to Rosja jest kapitalistyczna, a USA komunistyczne i schizowa rozmowa 2 głównych bohaterów. Palce lizać.

Natomiast namocniej zapadają w pamięć „Pocałunek Loisetty” i „Weekend w Spestreku”.

Może pamiętacie jak Wam mówiłem, że ten zbiorek by Was wszystkich ztriggerował (może oprócz Kasi)?

Tak więc, dla Janka „Pocałunek Loisetty” – historia o kacie, więc jest trochę krwawo. Do momentu, gdy pojawia się wątek wyjątkowo okrutnego zbrodniarza, który ma zostać skazany. Są szczegółowe opisy. Obrzydliwe opisy.

Dla Duda i Marty „Weekend w Spestreku” – kolega Grzędowicz jest prawakiem i się z tym nie kryje. W tym opowiadaniu jednak trochę przegiął pałę goryczy. Nie zespojleruję za bardzo, jak powiem jak wygląda świat z opowiadania. Generalnie, w Europie zostały wydzielone specjalne strefy ‘na lewactwo’. Tam gdzie nie ma specjalnych stref jest dobrobyt, że hoho – inteligentne domy, wirtualna rzeczywistość na wysokim poziomie itp. Natomiast w specjalnych strefach jest bida jak za komuny, panuje wszędzie propaganda, poprawność polityczna doprowadzona do granic absurdu, na ulicach rządza feminazistki, a normalni ludzie kryją się po domach. Dodam jeszcze, że policja może zamknąć każdego za byle gówno. Mocna przeginka i zarazem chyba jedyne opowiadanie, które mi się nie spodobało.

Dodam jeszcze, że połowa opowiadań jest króciutka – tak koło 3-5 stron i są one poukładane na krzyż. Jedno krótsze, jedno dłuższe – fajnie się to komponuje.