Professor Moriarty: The Hound of the D’Urbervilles

Muszę powiedzieć, że miałam spore oczekiwania w stosunku do tej książki. Po pierwsze, oczywiście, uniwersum Sherlocka Holmesa, czyli to co małe dudy lubią najbardziej. Po drugie, książka ma bardzo wysokie oceny na goodreadsach, więc YEEY, zostawiam sobie na koniec challenge’u, tuż przed Welcome to Night Vale.

No i się zawiodłam. Całkowicie. Wstęp był super. Autor”znajduje zapiski”, idzie do jakiejś babeczki, odbywają śmiechową konwersację. Potem jest tylko gorzej.

To co mnie najbardziej bolało, to język. Język Sherlocka jest prosty i zrozumiały, nawet pomimo tego że chwilami używa jakichś słów, które nie znajdują się już w codziennym użytku. Za to język w Moriartym jest zupełnie przegięty. Niby może być tak, że ‘Basher’ Moran używa bardziej skomplikowanych konstrukcji zdań niż dr Watson, no ale z czego miałoby to wynikać? Wydaje mi się, że to autor książki posunął się odrobinę za daleko w stylizacji i stąd mamy książkę, której język odpowiada bardziej dysputom filozoficznym niż fast-fun hołdowi dla wielkiego fikcyjnego detektywa.

Z językiem jest tak, że zachwycałabym się nim, gdyby to coś wnosiło do książki, mogłabym go przeboleć gdyby cała reszta okazała się bardzo dobra, albo ta trzecia opcja, którą mamy teraz : autor tak zapatrzył się na stylizację, że tracimy w ogóle z oczu fabułę.

To, co uwielbiałam w Sherlockowych opowiadaniach to ich długość. Były opowiadaniami, całość trwała kilka-kilkanaście stron. Przedstawienie sprawy – Sherlock miota się robiąc jakieś dziwne rzeczy – łapiemy Złego i (zazwyczaj) on się przyznaje – Sherlock tłumaczy swoją dedukcję i okazuje się że całe to miotanie miało sens. I wygląda na to, że autor nawet próbował trochę to przełożyć na te nowe realia. Z marnym skutkiem. Po pierwsze, na całe 500 stron książki, mamy max 6 wolnostojących opowiadań w miarę równej długości. Więc od razu widać, że zabieramy tą część funu z Sherlocka, gdzie można poczytać przez chwilkę, zrobić w tym czasie całe jedno opowiadanko i wrócić do swoich rzeczy. Tutaj “jedno opowiadanko” będzie się ciągnęło godzinami.

No dobra, ale wydaje mi się że nadal nie postawiłam tej książce żadnych legitnych zarzutów. Here’s one: JEST MASAKRYCZNIE NUDNA. Przykład: w jednym z opowiadań Moriarty chce uzyskać 6 różnych wartościowych przedmiotów od różnych grup. Fajnie, widzę nawiązanie do Sześciu Napoleonów, ale tutaj mamy szczegółowy opis zdobywania każdego przedmiotu po kolei, w prawie każdym mamy do czynienia z jakimiś scenami walki, które różnią się tylko i wyłącznie przeciwnikiem. Potem jest Reichenbach Fall z perspektywy Morana. Mamy więc spotkanie wszystkich evil mastermindów z całego świata, które jest opisywane w zaskakujących detalach. Fajnie, że detale. Szkoda, że nuda i język przez który nie da się przebrnąć. Potem jest impreza urodzinowa Morana. Są jego przemyślenia na temat tego kogo to on by nie wyruchał. Mało jest Moriarty’ego i przekmin pokazujących dlaczego to właśnie on jest tym wspaniałym Wielkim Złym.

Ta książka była ogromną stratą czasu. Więcej lepszych smaczków dostarczają zarówno Wiedźmin jak i Pan Lodowego Ogrodu. Więcej akcji oferuje wyścig ślimaków którym podano środki nasenne. A języka tak bardzo nie dostosowanego do tematyki dzieła nie widziałam od czasów kiedy Ola próbowała pisać bloga (no offence, no ale nawet ja nie potrafiłam tego zrozumieć, a wiedziałam o czym jest ten post).

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s