Hrabia Monte Christo

Na wstępie drobna uwaga: wszystko może być przyczyną samozadowolenia. I tak oto po czwartej z rzędu dobrej książce, którą wybrałem z challengu, stwierdziłem, że jestem zajebisty, skoro z taką łatwością wybieram sobie wartościowe pozycje z listy😉

Główny temat tej książki, zemsta, opisany został wzdłuż i wszerz na przestrzeni dziejów literatury. Ja jednak nie interesowałem się nim zbytnio do tej pory, mając raczej własne podejście, wykształcone na kanwie osobistych przemyśleń natury etycznej. Mówiąc w skrócie, o ile sam odczuwam czasem chęć osobistej vendetty, postrzegam ją jako atawizm, który w pierwotnym społeczeństwie pozwalał  na utrzymywanie porządku. Co więcej, pokazuje ona słabość człowieka, który nie potrafi wznieść się ponad własne prymitywne uczucia.

Co innego oczywiście, gdy organy właściwe do rozwiązania takich problemów nie chcą bądź nie są w stanie ukarać złoczyńców: zemsta ma wtedy oparcie w poczuciu sprawiedliwości, a  jej wykonawca jest “wysłannikiem Opatrzności”.

Tak właśnie rzecz ma się u nas. Czytając o krzywdach jakie dotknęły bohatera, a także bezwzględnych tej krzywdy sprawcach, których Edmund miał za swoich przyjaciół, serce się kraja. Pragnąłem wtedy, spodziewając się niedostatecznej dla nich kary, ujrzeć po lekturze film Tarantino nagrany na kanwie powieści. Chciałem krwi, strachu, błagań o litość.

Nieprzypadkowo jednak mówimy, że zemsta najlepiej smakuje na zimno. Trzeba więc przyznać, że Tarantino wypada przy Dumas jak zapalczywy smarkacz, niekompetentny młokos. Wrogowie Hrabiego zniszczeni są doszczętnie, a Monte Christo odnajduje szczęście po okresie wahań i ekspiacji w grocie Vampy i na własnej wyspie.

Ukojenie nie pochodziło jednak ostatecznie z zemsty. Tak jak się spodziewałem, nie wyschła jeszcze krew hrabiego po samobójstwie, a ja czułem już tą pustkę, która ogarnia człowieka przy dążeniu z wielką determinacją do czegoś, co samo w sobie nie jest wartościowe, nawet jeśli godne i sprawiedliwe. Szczęścia nie buduje się na gruzach, lecz zostawiając zło w przeszłości i budując swoje życie od nowa.

Krótka lista moich zastrzeżeń:

Wrogowie Hrabiego padają jak muchy, bez żadnych prawie podejrzeń, wykazując nierzadko wielką niekompetencję. Seriously, ziomek podaje się za 4 różne osoby, a prokurator nie nabrał najmniejszych podejrzeń, nie przyszło mu do głowy, żeby ich śledzić? Baron przyjmował zaś wszystko za dobrą monetę jak 19-letni Edmund? Plox.

Co więcej, od ucieczki z więzienia zdawało się, że wszystko zawsze szło po jego myśli, a ludzie zawsze robili to, czego chciał. Już zupełnie rozwaliła mnie ostatnia scena, w której odsyła on Hayde, która się “zgadza”, nie zgłaszając zastrzeżeń jak dobra niewolnica, po czym, na słowa Walentyny jednak pozwala sobie jednak zgłosić uwagę. Hrabia oczywiście zrobić nic nie musiał (wręcz przeciwnie), kochanka została mu podana na tacy.

Przemiana Hrabiego po śmierci Edwardka. Czego on się spodziewał, że ukarze swoich wrogów nie ruszając ich rodzin? Przecież jego własną motywacją była w znacznej mierze głodowa śmierć jego ojca. Skoro więc wiedział, że naturą zbrodni jest rykoszetować, czemuż to zaskoczony był, gdy ów rykoszet się dokonał?

O ile więc w połowie książki przekonany byłem o geniuszu Hrabiego i doskonałości powieści, spędzałem dnie pragnąc być jak on i noce marząc o pięknych księżniczkach greckich, o tyle pod koniec odrobinkę się z tego wyleczyłem.

Mimo powyższych uwag muszę jednak powiedzieć, że miałem do czynienia z arcydziełem. Przykuć moją uwagę na ponad 1500 stron to nie lada wyczyn.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s