Searching for Sugar Man

Od razu mówię, że ta reakcja to będzie trochę unpopular opinion puffin, bo zachwytów nad tym filmem było co niemiara i nawet bardzo dobrze rozumiem dlaczego; niemniej nie mogę się do nich podłączyć z kilku bardzo konkretnych powodów.

Przede wszystkim nie lubię, kiedy ktoś mi mówi, że mam się czymś zachwycać. Pierwsze 30 minut filmu to maraton ziomeczków zachwycających się Rodriguezem, wzdychających nad tym jaki to był wspaniały artysta i jakie to straszne nieporozumienie, że nie przebił się do mainstreamu w USA. To nie jest dobre przedstawienie dla jakiegokolwiek tematu. Nie pozwala wyrobić sobie własnej opinii, a raczej narzuca opinię “ekspertów” – bo jak tu się kłócić z ludźmi, którzy spędzili w branży muzycznej dziesiątki lat i w ogóle o muzyce wiedzą więcej niż ja sama będę miała szansę kiedykolwiek się dowiedzieć? Sam fakt takiego wprowadzenia Rodrigueza nastawia mnie do niego nieufnie, bo, słusznie lub nie, węszę manipulację.

Przegapiłam jakoś hype na soundtrack z tego filmu, więc większość piosenek, które stanowią dużą część tego, co na ekranie, słyszałam po raz pierwszy w życiu. I pomijając całkiem, że to nie moje muzyczne klimaty, miałam wrażenie raczej wtórności i powtarzalności i jakiegoś nienazywalnego miksu różnych rzeczy, które gdzie indziej słyszałam. Więc bardziej skupiałam się na tym z czym kojarzy mi się dany fragment niż na podziwianiu i rozkoszowaniu się Rodriguezem. I niestety boję się, że przez to, że film wszedł do kin równocześnie z renesansem Rodriguezowej muzyki, która znienacka była wszędzie, to ludzie szli do kina osłuchani z jego lwią częścią. I to też mogło stanowić w jakimś stopniu o popularności Sugar Mana.

W końcu, przesłaniem filmu zdaje się być, że patrzcie, tu jest taki fajny Sugar Man, który przeżył całe życie normalnie jak każdy z nas, a przez cały ten czas był supergwiazdą w jakimś kraju na drugim krańcu świata – a dalej mieszka w tym samym domu co 40 lat temu! W Detroit! I pokażemy wam teraz ten dom! I pokażemy wam jak Rodriguez spaceruje po okolicy! (Tędy, proszę, Panie Rodriguezie, to wygląda na wyjątkowo smakowicie rozpieprzone podwórko) I teraz po całym świecie krąży ten dokument i odnosi jakiś tam sukces, i nagle skacze sprzedaż płyt Rodrigueza, i nagle ma mnóstwo hajsu i jest wokół niego szum medialny – to czy naprawdę zakładamy, że ten sam Rodriguez, którego widzieliśmy przed chwilą w filmie, jest teraz tym samym Rodriguezem? Czy pasuje mu to, że nawet dla sąsiadów nie jest już Panem Rodriguezem, który nosi lodówki, tylko prawdziwą gwiazdą? Wydaje mi się, że samą swoją publikacją film niejako przekreślił wszystko, co chciał powiedzieć.

I najważniejsze wrażenie, które odniosłam po tym filmie, że to była swojego rodzaju bajka specjalnie dla Detroit. Nie można całkiem pominąć faktu, że w czasie kręcenia filmu miasto coraz głębiej pogrążało się w kryzysie i taka pozytywna opowieść – o Detroit właśnie – miałaby tchnąć w ludzi nieco nadziei.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s