Spacer po wodzie

Nie lubię filmów przewidywalnych od początku do końca, a jakoś ciągle je oglądam. Co więcej, ładuję je na challengową listę, przez co inni biedni, niczego niespodziewający się ludzie też je oglądają.

Bo nie jest to specjalnie bolesne doświadczenie i pewnie te wysokie oceny wynikają właśnie z przewidywalności scenariusza. Wiadomo, że będzie katharsis i happy end i wszystko się dla wszystkich idealnie ułoży. I Niemiec własnoręcznie dokona zemsty na swoim dziadku-naziście, i agent Mossadu zacznie nowe życie w kibucu. I wiadomo, że przyjaźń kwitnie i pokona wszelkie różnice.

Meh. Tak bardzo nie ruszył mnie ten film. Ani nie był zły, ani dobry. Może jakbym była z 10 lat młodsza (albo, w sumie, starsza) to uroniłabym łezkę tu czy tam albo chociaż poczuła ciepełko na serduszku. Tymczasem siedzę przed tym monitorem z uniesioną brwią i zastanawiam się, kiedy przestanę wmuszać w siebie ugładzone do porzygu, przepoprawne politycznie lewicujące bajki, zadaniem których jest przekonanie mnie, że Wszystko Wszędzie Będzie Dobrze.

Bo oczywiście gdzieś pośród tej kwitnącej unlikely friendship zniknął temat izraelsko-palestyńskiego konfliktu i zamachów, do których regularnie dochodzi na terenie całego państwa. I w ogóle okazuje się, że tak bardzo łatwo rozwiązać wszystkie problemy na linii Berlin-Tel Aviv, kiedy tylko sobie usiądziemy i porozmawiamy, aww.

Ale jednak nie mogę powiedzieć, że to zły film. Po prostu jeden z wielu. Kolejny. Ergo: meh.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s