Morfina, Szczepan Twardoch

Dziękibogu, że nie rzuciłam tej książki w połowie, jak to zrobiła moja mama, której, nieświadoma, “Morfinę” wcisnęłam kilka tygodni temu. Bo zaczyna się ciężko: nie tylko język nie ułatwia roboty (podwójna narracja + miliard eksperymentalnych form), ale i obsesyjnie powtarzany motyw dziwki+koks nie czyni z tego przyjemnej lektury.

Ale ochjaktodobrze, że wbrew całej logice nie poddałam się, tylko uparcie wczytywałam się coraz bardziej, bo te jakże proste i oczywiste ostatnie rozdziały książki, których jednak całkiem się nie spodziewałam, warte były wysiłku pierwszych stron. Czuję teraz czystą przyjemność dobrej lektury, jakiś czytelniczy rausz, który zapewne złamie mi serce kiedy przyjdzie mi za chwilę wrócić do świata. Ale warto było, nawet przekornie przede wszystkim tego języka niezwykłego, który widzę, że sama teraz trochę naśladuję. I ta narracja podwójna, tak sprytnie użyta.

Jaktodobrze, że wszystko proste i oczywiste, i cieszę się jak głupia.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s