Nocny Patrol, Siergiej Łukjanienko

Zawsze zapominam, że książki czyta się dużo łatwiej. Chociaż w przypadku tej książki, myślę że nawet czytanie po angielsku nie byłoby zbyt skomplikowane – to nie jest dzieło, przez które trzeba się przebijać z trudem, analizując każde zdanie, a akapity czytając kilkukrotnie żeby zrozumieć co się dzieje. Ot, książka. Taka, jaką można czytać do poduszki.

Walka dobra ze złem, wampiry, wilkołaki, czarownice, klątwy, te sprawy. Wszystkie magiczne stwory to Inni. Wyglądają jak ludzie, tylko w pewnym momencie ktoś ich “odkrywa” (od czasu do czasu zdarza się, że nie i taki biedny Inny żyje jak człowiek do końca życia :( ). Problem jaki mam z filozofią tej książki polega na tym, że Inni w przeciwieństwie do ludzi muszą się w pewnym momencie określić, czy są po stronie dobra, czy zła. Zło wykorzystuje moc do swoich celów, dobro po to żeby ludziom żyło się lepiej. No ale kto przy zdrowych zmysłach byłby po stronie dobra? Masz moc. Masz wybór – wykorzystujesz ją dla siebie albo dla innych. Najlepsze oczywiście byłoby coś pośrodku. Ale nie ma takiego wyboru. Czarne albo białe. Meh.

Książka ma 3 części. Po tym, jak pierwsza zakończyła się plot-twistem, podejrzewałam drugą o to samo i nie zawiodłam się. Trzecia – też plot twist, chociaż nie przewidziałam go mimo że się rozglądałam. Wydaje mi się jednak że jeżeli schemat jest zachowany w kolejnych książkach z serii, to szybko może się znudzić.

The Goldfinch, Donna Tartt

Przez pół książki równocześnie chciałam czytać ją jak najwolniej, żeby starczyła na długo i jak najszybciej, żeby już dowiedzieć się jak się skończy i co właściwie się dzieje.

Tak jak Secret History, książka zaczyna się od środka. Dopiero później dowiadujemy się co doprowadziło bohatera do tego miejsca. Wszystkie (głównie złe) decyzje, które podejmował przez ostatnie 15 lat, od kiedy umarła jego matka.

Wiem, że trudno powiedzieć jak ja bym się zachowywała, ale Theo strasznie panikował. Co będzie jak ktoś znajdzie obraz? Co będzie jak ktoś się dowie, że to on zabrał Goldfincha? Chociaż z drugiej strony, może to wszystko było związane z jakimiś chorobami, tak jak potem w hotelu? Albo z narkotykami? Kto go tam wie. Tak czy inaczej, zdaje się że ta tajemnica trochę zniszczyła mu życie. Tak mi się tylko zdaje, może nie.

Ah, i ta końcówka. Zostało ~70 stron do końca. Theo popełni samobójstwo. NIE. Zostało ~60, teraz ma zamiar iść na policję! NIE! Borys wrócił, wszystko będzie dobrze. Nie żebym kojarzyła Borysa z “wszystko będzie dobrze”, w sumie to on w Vegas ściągał Theo w dół. A może nie ściągał, Decker tak czy inaczej był już bardzo nisko w momencie kiedy tam trafił.

No i ostatnia rzecz, wydawało mi się, że to dlaczego Platt został wyrzucony ze szkoły będzie ważne w przyszłości. Nope. Jest też kilka innych rzeczy, które są wspomniane w książce i miałam nadzieję, że złożą się pod koniec w jedną całość, ale wyszło jak w życiu – nie wszystko ma wpływ na przyszłość. Kewl.

Moby Dick, Herman Melville

Najpierw anegdotka:

In 1944 a children’s book club sent a volume about penguins to a 10-year-old girl, enclosing a card seeking her opinion. She wrote, “This book gives me more information about penguins than I care to have.” American diplomat Hugh Gibson called it the finest piece of literary criticism he had ever read.

Nawiązując do tej klasycznej już dziś recenzji, mogę o Moby Dicku śmiało powiedzieć: This book gives me more information about whales than I care to have.

Wszystko jest w tej książce inne niż się spodziewałam. Narrator jest takim cwaniaczkiem-filozofem, który, zwłaszcza na początku książki, lubuje się w pisaniu w stylu powieści łotrzykowskiej. Później z kolei zamienia się w naukowca i przerywa akcję powieści niekończącymi się opisami historii i anatomii wielorybów oraz w szczegółach przytacza każdy krok pracy wielorybnika. Opętanie Ahaba na dobrą sprawę pojawia się dopiero w ostatnich rozdziałach, gdzie nagle wszystko niespodziewanie przyspiesza i równie niespodziewanie się kończy. Dziwna struktura, przeplatana na dodatek scenkami rodem z tekstów pisanych na deski teatru.

Nigdy nie lubowałam się w morskich historiach, dlatego jednak wynudziłam się trochę przez te 600+ stron. Izmael był nawet znośny, kiedy jeszcze opisywał swoje własne przygody; kiedy jednak stał się wszechwiedzącym, niewidzialnym narratorem na statku opis wyprawy stracił osobisty wymiar i przez to okazał się bardziej suchy. Plus ta tendencja postaci do monologizowania – domyślam się, że w połowie XIX wieku to taka konwencja literacka, ale nie mogłam oprzeć się pretensjonalnej wizji postaci wygrażającej pięścią morzu podczas burzliwej nocy. Podobały mi się za to makbetowskie przepowiednie Fedallaha i nieobecność Moby Dicka przez 90% powieści.

Sama nie wiem. Cieszę się, że mam to już za sobą. Może gdybym była 12-letnim chłopcem, jarałabym się bardziej.

Sandman: Preludes and Nocturnes, Neil Gaiman

Nie wiem, czy wrzucenie tylko jednej części Sandmana do challenge’u było dobrym pomysłem. Nie dość, że jest nieporównywalnie krótki nawet w zestawieniu z najkrótszą książką (wydaje mi się, ze nie mamy nic krótszego niż 200 stron, P&N ma ~230 i jest komiksem więc siłą rzeczy idzie dużo szybciej) to jeszcze przeczytanie tylko jednej części wydaje się w tym wypadku jak obejrzenie tylko jednego odcinka serialu. Owszem, była jakaś jedna “przygoda”, ale pozostawia niedosyt. Był pilot, ale CO DALEJ.

Nawet nie mogę się wypowiedzieć co do samej fabuły, bo P&N bardziej przedstawia świat. Jest Arkham Asylum for Criminally Insane, jest Justice League of America (Justice League International), jest piekło. Podobała mi się bitwa z demonem o hełm. Sama mogłabym zagrać w coś takiego (ale na odrobinę mniejsze stawki).

Czarodziejska góra, Thomas Mann

Trochę jak w przypadku Ulissesa mam wrażenie, że zrozumiałam mniej niż powinnam. O ile jednak u Joyce’a moje problemy dotyczyły sfery językowej tekstu, o tyle w Czarodziejskiej górze jest po prostu mnóstwo rzeczy, które przerastają mnie filozoficznie. Długie opisy skomplikowanych debat światopoglądowych były fascynujące – o ile byłam w stanie skupić się na nich w 100%, co kilkukrotnie spowalniało czytanie. Jednak większość argumentów przelatywała mi przed oczami, nie nawiązując dobrego kontaktu z głową. Dlatego zdecydowanie jest to tekst, do fragmentów którego będę chciała jeszcze wrócić, żeby na spokojnie przeanalizować co jest do przeanalizowania.

Czytanie tej książki przypominało trochę sam pobyt Hansa Castorpa w sanatorium – myślałam, że jestem w stanie wpaść do niej tylko na chwilę, jednak im dłuższe stawały się moje sesje czytania, tym trudniej było mi wrócić myślami na “równinę”. Dlatego też tak długo babrałam się w tym tekście – każde kolejne podejście do niego, po niewielkiej nawet przerwie, wymagało od nowa aklimatyzacji i wbicia się na nowo w rytm wydarzeń, których błahość napędza fabułę książki. Miejscami jest trochę o niczym, a gdzieniegdzie zakrawa nawet na śmieszność, co z pewnością nie czyni z niej dobrego materiału dla adaptacji filmowej. Jednak chciałabym zobaczyć pomysłowe oddanie zagadnienia upływu czasu, tak często poruszanego przez Manna.

Mam teraz ogromną ochotę wrócić do Buddenbrooków i pewnie gdyby nie długa lista pilniejszych lektur zrobiłabym to bez wahania. Trzeba jednak poczekać na spokojniejsze czasy, gdzie challenge ani moja własna letnia reading list nie wyznaczają szlaku tekstów. Językowo – jestem zachwycona i chcę Manna jeszcze więcej, ale jakieś porządne opracowanie przydałoby mi się dla zrozumienia wszystkich wątków, które porusza w swoich książkach.

Fight Club, Chuck Palahniuk

Daamn. Ciekawa jestem jak odebrałabym Fight Club, nie oglądając wcześniej filmu. Bo wydaje mi się, że w książce od początku wszystko wygląda jak sen. Pewnie pomyślałabym super, narrator cierpi na bezsenność, więc jest to oddane w tym co mówi.

Ale potem już może spać, ale jego życie nadal wygląda jak sen. Praca, w której właściwie cokolwiek przestaje się dziać. Marla, która jest to tu to tam.

Kurde, serio żałuję, że obejrzałam ten film. Gdyby nie to, pewnie rozważałabym teraz “mieć czy być?” i “wowowowow, Tyler Durden”. No ale to wszystko już wiedziałam. I rozważałam po obejrzeniu filmu. Więc meh.

Chociaż. Nadal interesuje mnie, dlaczego koleś kompletnie nie poddał się Tylerowi. Przecież wiedział, że nie może tego zatrzymać, chciał umrzeć, więc czemu zabierać go razem z sobą? I próbować niszczyć jego plan? Kamą. Na początku sam chciał być jak Tyler Durden, a pod koniec “eee, może jednak nie?”. Pff. Ppl.

The Book Thief, Markus Zusak

Nawet w pracy nie chciało mi się czytać tej książki. Temat niby fajny, niby narratorem jest Śmierć (zarobiona, niedoceniona <3 ), ale jakoś nic mnie nie porwało w tej książce.

Jakoś w połowie książki dowiadujemy się że najlepszy przyjaciel złodziejki umrze. Wtedy trochę mnie to ruszyło, ale zanim zdążył umrzeć w ostatnim rozdziale, przyzwyczaiłam się do tego na tyle, że w ogóle mnie to nie ruszyło. Cała książka jakoś mnie nie ruszyła. Chociaż obserwowanie, jak bardzo przerąbane mieli niemcy nie-naziści było fajne. Fajne czyli interesujące, nie miłe.

Może film będzie bardziej wzruszający? Bo o to chodziło, tak? Budujemy ekipę miłych ludzi (obv wszyscy mieszkańcy tej ulicy byli porządni, w końcu ma nam być przykro), a potem ich zabijamy?