Sandman: Preludes and Nocturnes, Neil Gaiman

Nie wiem, czy wrzucenie tylko jednej części Sandmana do challenge’u było dobrym pomysłem. Nie dość, że jest nieporównywalnie krótki nawet w zestawieniu z najkrótszą książką (wydaje mi się, ze nie mamy nic krótszego niż 200 stron, P&N ma ~230 i jest komiksem więc siłą rzeczy idzie dużo szybciej) to jeszcze przeczytanie tylko jednej części wydaje się w tym wypadku jak obejrzenie tylko jednego odcinka serialu. Owszem, była jakaś jedna “przygoda”, ale pozostawia niedosyt. Był pilot, ale CO DALEJ.

Nawet nie mogę się wypowiedzieć co do samej fabuły, bo P&N bardziej przedstawia świat. Jest Arkham Asylum for Criminally Insane, jest Justice League of America (Justice League International), jest piekło. Podobała mi się bitwa z demonem o hełm. Sama mogłabym zagrać w coś takiego (ale na odrobinę mniejsze stawki).

Czarodziejska góra, Thomas Mann

Trochę jak w przypadku Ulissesa mam wrażenie, że zrozumiałam mniej niż powinnam. O ile jednak u Joyce’a moje problemy dotyczyły sfery językowej tekstu, o tyle w Czarodziejskiej górze jest po prostu mnóstwo rzeczy, które przerastają mnie filozoficznie. Długie opisy skomplikowanych debat światopoglądowych były fascynujące – o ile byłam w stanie skupić się na nich w 100%, co kilkukrotnie spowalniało czytanie. Jednak większość argumentów przelatywała mi przed oczami, nie nawiązując dobrego kontaktu z głową. Dlatego zdecydowanie jest to tekst, do fragmentów którego będę chciała jeszcze wrócić, żeby na spokojnie przeanalizować co jest do przeanalizowania.

Czytanie tej książki przypominało trochę sam pobyt Hansa Castorpa w sanatorium – myślałam, że jestem w stanie wpaść do niej tylko na chwilę, jednak im dłuższe stawały się moje sesje czytania, tym trudniej było mi wrócić myślami na “równinę”. Dlatego też tak długo babrałam się w tym tekście – każde kolejne podejście do niego, po niewielkiej nawet przerwie, wymagało od nowa aklimatyzacji i wbicia się na nowo w rytm wydarzeń, których błahość napędza fabułę książki. Miejscami jest trochę o niczym, a gdzieniegdzie zakrawa nawet na śmieszność, co z pewnością nie czyni z niej dobrego materiału dla adaptacji filmowej. Jednak chciałabym zobaczyć pomysłowe oddanie zagadnienia upływu czasu, tak często poruszanego przez Manna.

Mam teraz ogromną ochotę wrócić do Buddenbrooków i pewnie gdyby nie długa lista pilniejszych lektur zrobiłabym to bez wahania. Trzeba jednak poczekać na spokojniejsze czasy, gdzie challenge ani moja własna letnia reading list nie wyznaczają szlaku tekstów. Językowo – jestem zachwycona i chcę Manna jeszcze więcej, ale jakieś porządne opracowanie przydałoby mi się dla zrozumienia wszystkich wątków, które porusza w swoich książkach.

Fight Club, Chuck Palahniuk

Daamn. Ciekawa jestem jak odebrałabym Fight Club, nie oglądając wcześniej filmu. Bo wydaje mi się, że w książce od początku wszystko wygląda jak sen. Pewnie pomyślałabym super, narrator cierpi na bezsenność, więc jest to oddane w tym co mówi.

Ale potem już może spać, ale jego życie nadal wygląda jak sen. Praca, w której właściwie cokolwiek przestaje się dziać. Marla, która jest to tu to tam.

Kurde, serio żałuję, że obejrzałam ten film. Gdyby nie to, pewnie rozważałabym teraz “mieć czy być?” i “wowowowow, Tyler Durden”. No ale to wszystko już wiedziałam. I rozważałam po obejrzeniu filmu. Więc meh.

Chociaż. Nadal interesuje mnie, dlaczego koleś kompletnie nie poddał się Tylerowi. Przecież wiedział, że nie może tego zatrzymać, chciał umrzeć, więc czemu zabierać go razem z sobą? I próbować niszczyć jego plan? Kamą. Na początku sam chciał być jak Tyler Durden, a pod koniec “eee, może jednak nie?”. Pff. Ppl.

The Book Thief, Markus Zusak

Nawet w pracy nie chciało mi się czytać tej książki. Temat niby fajny, niby narratorem jest Śmierć (zarobiona, niedoceniona <3 ), ale jakoś nic mnie nie porwało w tej książce.

Jakoś w połowie książki dowiadujemy się że najlepszy przyjaciel złodziejki umrze. Wtedy trochę mnie to ruszyło, ale zanim zdążył umrzeć w ostatnim rozdziale, przyzwyczaiłam się do tego na tyle, że w ogóle mnie to nie ruszyło. Cała książka jakoś mnie nie ruszyła. Chociaż obserwowanie, jak bardzo przerąbane mieli niemcy nie-naziści było fajne. Fajne czyli interesujące, nie miłe.

Może film będzie bardziej wzruszający? Bo o to chodziło, tak? Budujemy ekipę miłych ludzi (obv wszyscy mieszkańcy tej ulicy byli porządni, w końcu ma nam być przykro), a potem ich zabijamy?

Morfina, Szczepan Twardoch

Dziękibogu, że nie rzuciłam tej książki w połowie, jak to zrobiła moja mama, której, nieświadoma, “Morfinę” wcisnęłam kilka tygodni temu. Bo zaczyna się ciężko: nie tylko język nie ułatwia roboty (podwójna narracja + miliard eksperymentalnych form), ale i obsesyjnie powtarzany motyw dziwki+koks nie czyni z tego przyjemnej lektury.

Ale ochjaktodobrze, że wbrew całej logice nie poddałam się, tylko uparcie wczytywałam się coraz bardziej, bo te jakże proste i oczywiste ostatnie rozdziały książki, których jednak całkiem się nie spodziewałam, warte były wysiłku pierwszych stron. Czuję teraz czystą przyjemność dobrej lektury, jakiś czytelniczy rausz, który zapewne złamie mi serce kiedy przyjdzie mi za chwilę wrócić do świata. Ale warto było, nawet przekornie przede wszystkim tego języka niezwykłego, który widzę, że sama teraz trochę naśladuję. I ta narracja podwójna, tak sprytnie użyta.

Jaktodobrze, że wszystko proste i oczywiste, i cieszę się jak głupia.

Three Men in a Boat, Jerome K. Jerome

Jestem bucem i nigdy nie podobają mi się książki, które mają być z założenia śmieszne. Może spodziewam się po nich zbyt wiele, a dostaję jakiś prosty humor sytuacyjny, który wykrzywia mi gębę w wyrazie dalekim od uznania. Nieważne, że klasyk. Nuda. Ziew.

Po tłumaczeniu fragmentów tej książki na jedne z zajęć miałam wrażenie, że będzie to przede wszystkim satyra na angielskość jako taką, historię i kulturę kraju. Tymczasem  przeważająca większość epizodów to slapstickowe przygody trzech bumelantów. Oczywiście wszyscy trzej są dla mnie wyjątkowo nieśmieszni; najlepiej wypada pies, ale to już pewnie efekt długich godzin spędzonych na imgurze i jemu podobnych stronach.

Na szczęście książka jest krótka (chociaż niektóre rozdziały ciągną się niemiłosiernie) i nie próbuje budować wokół siebie ideologii. Może gdybym sama wylądowała na jakiejś łódce i czytała ją w takich okolicznościach przyrody patrzyłabym na nią przychylniejszym okiem. Ale nie. Jako miejska lektura w ogóle się nie sprawdza.

The Book Thief, Mark Zusak

Kolejna książka, którą trzeba było przeczytać jak się miało trochę mniej lat. Nie kręcą mnie bajki, nie kręci mnie infantylna narracja – może te 10 lat temu świetnie bym się przy niej bawiła. Ale nie teraz. Teraz trochę się wynudziłam.

Postaci wydają mi się zbyt płaskie, bardziej jako “typy” niż osoby. Do tego pomysł ze śmiercią-narratorem jest tak bardzo nastolatkowy – Wielkie Patetyczne Sentencje mają dzięki temu jeszcze bardziej autorytatywny wydźwięk. Taki Holocaust dla dzieci. Chętniej sięgnęłabym po dziennik Anny Frank.

Ale żeby nie było, że tylko narzekam, to dosyć spodobało mi się bardzo wczesne zdradzenie zakończenia i książki i ogólne “nieważne jak się kończy, tylko jak się rozwija”; pod tym mogę się podpisać i na to nigdy narzekać nie będę. 

Ale ta końcówką. C’mon. Cheesy.