Re-read: The Great Gatsby, F. Scott Fitzgerald

Kiedy zaczynałam ten re-read w lipcu myślałam o całkiem innych rzeczach i, o ile dobrze pamiętam, irytowałam się prawie wszystkim w tej książce. Nic mi się nie zgadzało, wszystko pamiętałam inaczej, cała nowojorska elita była jeszcze bardziej pretensjonalna i denerwująca, a Nick Carraway jeszcze bardziej naiwny. Więc rzuciłam to w cholerę, bo po co wkurzać się na jedną ze swoich ulubionych książek.

I dobrze zrobiłam. Bo teraz, kończąc te kilka rozdziałów, zamiast na postaciach, które w końcu mają być irytujące, skupiłam się na języku i fragmentach, których nie pamiętałam – i czułam, jakbym odkrywała tę książkę na nowo. Drobne szczegóły, które pomagają stworzyć świat powieści – jak dźwięki muzyki dochodzącej z ulicy – wcześniej całkiem mi umknęły. Teraz natomiast te detale (a w końcu Fitzgerald jest uważany za mistrza detalu w opowiadaniach) zbudowały całkiem nową książkę.

Jeszcze jedna rzecz: gdzieś w internecie przeczytałam krótką analizę Gatsby’ego, która sugerowała, że w małej części jest Mulatem i cała książka, oprócz społecznego, ma też wydźwięk rasowy. I rzeczywiście, znalazłyby się fragmenty dla potwierdzenia tej tezy. Trochę szkoda, że nie można spytać Fitzgeralda czy rzeczywiście miał zamiar umieścić taki wątek w swojej powieści, bo jeśli tak, to woooo, a whole new world.

Re-read: Dobry Omen, Terry Pratchett and Neil Gaiman

Całe moje liceum przebiegło pod znakiem Queenu. Serio. Moje statystyki na last.fm są na to dowodem (a nie wliczają 2,5-3h słuchania muzyki z przenośnego odtwarzacza). Więc kiedy usłyszałam o książce, w której występuje samochód zamieniający wszystkie kasety na “The Best of Queen”, musiałam ją przeczytać. Wstyd się do tego przyznać, ale zdaje się że z autorów kojarzyłam tylko Terry’ego Pratchetta (w bibliotece w Pińczowie poniewierają się jakieś książki z serii Świata Dysku; około pięciu książek). Podobało mi się, oczywiście (no kamą, jak nie), ale z tego co pamiętałam, było więcej Queenu, mniej Apokalipsy. No cóż, każdy widzi to, co chce.

Teraz przeczytałam jeszcze raz. Queenu nie było za dużo, apokalipsy dużo więcej. Kto wpadł na pomysł, żeby powierzać losy świata w ręce 11-letniego chłopca? Chociaż nie, to całkiem dobry pomysł. Adam lubił naciskać wszystko to, czego nie powinien, więc czemu nie odpalić całkowitej zagłady nuklearnej? Wszystko by się powiodło, gdyby nie te wścibskie dzieciaki!

No ale fabuła to zdaje się rzecz drugorzędna. Najważniejsze są smaczki i przypisy. Smaczki, zaczynając od ‘na wschód od Edenu’ pojawiającego się już w pierwszym akapicie. Czwórka rowerzystów apokalipsy vs czwórka motocyklistów apokalipsy (nie wspominając nawet o czwórce nieudaczników apokalipsy). Crowley. Wszystkie informacje, które nie zawierały się w treści, tylko w przypisach (88 przypisów – część od autorów, część od tłumacza, część od człowieka, który skanował), po których btw dość ciężko nawigować w Kindlu ;(

Zazwyczaj nie lubię książek w których “jak” jest ważniejsze niż “co”. No ale, kurczę. Ta książka. Nie żałuję, że ją kupiłam (wygrałam w zeszłorocznym challenge’u ;) ), żałuję tylko że nie wiem gdzie jest w tym momencie.

W ogóle pewnie po angielsku czytałoby się duuuużo ciekawiej (jakieś nieprzetłumaczalne gry słów czy coś) i pewnie zrobię to kiedyś, jak będę mieć trochę więcej czasu na czytanie.

Three Men in a Boat, Jerome K. Jerome

Wow, ten narrator jest tak wiarygodny. Serio, jeszcze się nie zdarzyło, żebym utożsamiała się z kimś aż tak bardzo jak z J. z tej książki. Musi zajmować się dwójką przyjaciół, którzy nie do końca ogarniają co się dzieje wokół nich. Na dodatek przyjaciele nie widzą tego, że nie ogarniają, więc nie zauważają jak dużo robi dla nich J. Jak w życiu. Serio, mam podkreślone kilka cytatów z tej książki. Dawno nie zdarzało mi się zaznaczać, ale kiedy przeczytałam ten o niemieckim (uczyłem się niemieckiego w szkole, ale dwa lata później zapomniałem już kompletnie wszystko i od tej pory jestem szczęśliwszym człowiekiem), poczułam jeszcze głębszą więź z narratorem. No i nawet nasze psy zachowują się podobnie

Z drugiej strony, różnice między jego przyjaciółmi nie były chyba wystarczająco uwypuklone. Jeden dużo je i nie ogarnia, drugi nie ogarnia. Obaj są leniwi i nic nie robią (wiem, wiem, narrator pierwszoosobowy).

Niby miało być o trzech panach w łódce, ale zdaje się że tylko ok 1/3 książki opisuje to, co działo się w czasie wyprawy. Reszta to dygresje. Lubię dygresje, więc mi to nie przeszkadza.

Książę, Niccolò Machiavelli

Wydawało mi się, że to będzie kolejny klasyk z ciężkim językiem, przez który trzeba będzie przebrnąć. Plus polityka i filozofia, czyli rzeczy, które mnie za bardzo nie interesują. Ale jednak, to bardzo dobry podręcznik opisujący jak postępować ze swoim własnym Poletkiem Pod Radomiem, żeby podbić inne poletka.

Znów ujawnia się to, że nic nie wiem o historii Włoch. Ale z tego co udało mi się zrozumieć z książki, porównanie do PPR jest bardzo trafne – wszystko podzielone na państewka, które są między sobą w stanie prawie-nieustannej wojny. I książka jest właśnie o tym jak zarządzać swoim państwem, żeby te wojny wygrywać.

Kilka ważnych lekcji, które udało mi się wyciągnąć z książki:

Jeżeli wiesz, że zbliża się wojna, to zabieraj się do niej od razu, a nie czekaj na to, aż ktoś zaatakuje ciebie. Znaczy chyba lepiej atakować niż się bronić.

Poddani mają cię szanować. Nieważne, czy czcić z przestrachem, czy uwielbiać (chociaż to pierwsze lepsze). Stracisz szacunek, to stracisz państwo. I pewnie głowę.

Jeżeli podbijasz inne poletko, nie bój się powybijać połowy ludności. Całą jeżeli trzeba.

W ogóle, chciałabym zauważyć, że znów wracamy do dyskusji na temat tego, że to, że się nie zabijamy nawzajem zależy od prawa. Bo u Machiavellego zabicie przeciwnika politycznego i całej jego rodziny to konieczność. Nie rozważa tego, czy to dobre czy złe. Tak samo jak zabijanie ludzi w świeżo podbitym mieście. Tak trzeba i już. I wszyscy się z tym godzą, bo takie są zwyczaje. Czyli zabijanie siedzi ludziom we krwi. Zabił to zabił, na chuj drążyć temat?

Everything is Illuminated, Jonfen Safran Foer

Ta książka podobała mi się tak bardzo, że nawet nie wiem od czego zacząć. Widziałam film, też mi się podobał ale z innych względów (z tego co pamiętam, nie było w nim wstawek o historii Trachimbrodu, ale mogę się mylić) – był lekki do oglądania, chwilami zabawny, chwilami smutny.

Za to książka. Ma trzy przeplatające się ze sobą części: listy Alexa do Jonathana, opis poszukiwań Trachimbrodu (pisane przez Alexa) i historia (pisane przez Jonathana).

Na początku książki listy Alexa są pisane typowo szkolnym angielskim. Zamiast prostych słów, pojawiają się dużo bardziej skomplikowane, bo takich używa się w podręcznikach, no bo przecież to oczywiste że w zwyczajnej rozmowie będziesz szukać jak najbardziej długich słów, a nie tych prostych. Początek jest komiczny z “disseminate currency” czy “premium person”. Z biegiem książki widać, jak pod wpływem poprawek Jonathana i jego części książki, angielski Alexa ulega znacznej poprawie. Nadal używa swoich typowych słówek, ale dziwność nie rzuca się już w oczy tak jak poprzednio. Oprócz zmian w języku, widać też zmiany w konstrukcji rozdziałów. Wszystko staje się dużo bardziej przemyślane i poprawia się jakość listów tak, że pod koniec nie da się rozpoznać kto pisał daną część patrząc tylko i wyłącznie na to jak została ona napisana.

Rozdziały opisujące poszukiwania Trachimbrodu też są pisane przez Alexa. I podobnie jak listy, zaczynają się od łamanej angielszczyzny, która z czasem ulega znacznej poprawie. Kolejna rzecz, która zmienia się w trakcie, to wyobrażenie o wyglądzie narratora. Po opisie, który znajduje się w pierwszych rozdziałach można pomyśleć, że to typowy dresik: przykłada dużo uwagi do wyglądu, pewnie jakiś złoty łańcuch albo dwa, szlaja się po dyskotekach i rucha co popadnie. Język i konstrukcja rozdziałów przyczyniają się do obrazu człowieka, który nie ma za dużo w głowie. A potem listy stają się coraz bardziej filozoficzne. W międzyczasie dowiadujemy się, że Alex jednak nie jest tak wysoki i wysportowany jak twierdził na początku, nie sypia z kim popadnie. Właściwie to nie spał jeszcze z dziewczyną, ups. Czyli jednak wrażliwy człowiek, który dba o młodszego brata i ma ogromną ilość przemyśleń filozoficznych? Muszę przyznać, że dobrze się ukrywał.

A potem jest jeszcze ten fragment, w którym jego dziadek opowiada co się stało. Cała opowieść jest napisana w nawiasie, jakby była skierowana tylko do Jonathana, nie miała być opublikowana. W pewnym momencie interpunkcja przestaje istnieć. Słowa zlewają się jedno w drugie. Opowieść mknie. Wszyscy wiedzą co się stanie, ale i tak oderwanie się od czytania jest niemożliwe.

No i w końcu pisana przez Jonathana część o historii Trachimbrodu. Gdzie noworodek wypływa z rzeki, a człowiek z piłą w głowie żyje jeszcze przez kilka lat. Gdzie młyn co roku zabija przynajmniej jednego człowieka, bo Bóg się wściekł że bułki są za dobre (bo przecież nie dlatego, że BHP). Ludzie spisują swoje sny, inni ludzie spisują wszystko co się dzieje, nawet to że to spisują. Cała historia jest baśniowa, nic co się dzieje nie jest za bardzo wiarygodne. Plus, czyta się dużo trudniej niż Alexowe części. Ale to chyba dobrze, przynajmniej na pierwszy rzut oka widać, że jest pisane przez dwie różne osoby.

Ale końcówka. Bo powiedzmy, że przez całą książkę, traktuję listy Alexa i jego sprawozdanie z poszukiwań jako coś, co stało się naprawdę. Nie naprawdę-naprawdę, ale naprawdę na poziomie książki. Historia – tutaj od początku do końca nie ma wątpliwości, że wszystko jest wymyślane przez Jonathana. Ale listy i poszukiwania brzmią jak coś, co mogłoby się wydarzyć. A potem nadchodzi ostatni list. List napisany przez dziadka. W pewnym momencie fragment listu wydaje się znajomy. Przypominam sobie skąd go znam – pojawił się wcześniej, kiedy Alex czytał notatki Jonathana. Czyli już przed znalezieniem Trachimbrodu Jonathan wiedział, że dziadek napisze list do Alexa. Czyli ten ostatni list stanowi kolejną warstwę prawdy. Ale czy to znaczy, że wszystkie listy nie były prawdziwe (na poziomie narracji poszukiwań Trachimbrodu)? Ale zgodnie z wszelką logiką, dołączane do nich rozdziały dotyczące poszukiwań powinny być na tym samym poziomie prawdy. Czyli są równocześnie na tym samym poziomie i na różnych, co prowadzi do paradoksu i ta książka nie podoba misię już tak bardzo bo paradoksy są złe i nie powinno się do nich dopuszczać bo wszechświat wybuchnie i nie będzie już niczego tak jak nie było Trachimbrodu po wojnie.

The Godfather, Mario Puzo

Nigdy nie podobały mi się gangsterskie tematy. Seriale kryminalne mogę maratonować, ale jeżeli tylko dotyczyły mafii nudziły mi się szybko. Obejrzałam film (właściwie całą serię), nawet mi się podobał, ale nie zapadł w pamięć (chociaż to akurat można zgonić na to, że oglądałam po 2-3 filmy dziennie). Po książce spodziewałam się, że będzie ciężka do czytania. Że zaraz mnie znudzi, bo to naprawdę nie moje tematy. NO ALE. Było super. Czyta się przyjemnie, nie jest nudno. Akcja w książce toczy się szybciej niż w filmie. Albo to tylko moje odczucie (może powinnam napisać paper porównujący to jak w moim odczuciu toczy się akcja w książce vs filmie? ).

Podoba mi się to, jak Vito nigdy nie zostaje przedstawiony inaczej niż super-dobry człowiek. No niby tak, jest bezwzględnym gangsterem gotowym zabić wszystkich, którzy staną na jego drodze. Ale przecież robi to wszystko tylko dlatego, że jest taki miły i kochany i chce pomagać przyjaciołom. Taki misiaczek. Plus, nigdy nie musi podnosić głosu. Wszystko załatwia spokojnie. Chciałabym być taka jak on.

Sama akcja straszliwie przyspiesza na końcu. Pierwsze 80% książki opisuje wydarzenia powoli, ze szczegółami, a potem nagle w ostatnich 10-20% mijają kolejne 4 lata, które też można opisać równie szczegółowo (przeniesienie wszystkiego do Vegas, plany zemsty), a jednak są na ostatnich ~100 stronach. Może Puzo miał podpisany kontrakt na 400 stron i nie chciał robić nic ponad to za co mu zapłacą?

The English Patient, Micheal Ondaatje

Okej, całkowicie zapomniałam, że wrzucałyśmy tę książkę do challengu, więc czytałam ją wyłącznie pod kątem zajęć. Dlatego ta reakcja będzie bardziej sumą komentarzy, które padły podczas omawiania Angielskiego pacjenta niż moimi własnymi przemyśleniami na ten temat (bo, powiedzmy sobie szczerze, chcę o tej książce jak najszybciej zapomnieć).

Przede wszystkim: wtf to jest książka o Kanadzie. Akcja dzieje się w odciętej od świata, zrujnowanej willi we Włoszech w ostatnich tygodniach II wojny światowej. Gdzie. Tu. Jest. Coś. O. Kanadzie. Well, najwyraźniej jest, w opisach pustki i przyrody oraz w braku centralnego elementu w powieści. Może to dlatego, że Ondaatje jest poetą, a ja do poezji mam bardzo nieregularne podejście, ale NADAL TEGO NIE WIDZĘ. Może gdybym drugi raz przeczytała tę książkę, oświeciłoby mnie. Jednak ponieważ nie mam zamiaru do niej wracać, nadal sarkać będę na bzdurność takiej interpretacji.

Trochę wszystko jest nie tak w tej powieści. Żadna z postaci nie przekonuje, wszystkie wydarzenia są dosyć przypadkowe i pozbawione motywacji – chyba że o to właśnie chodzi z tym kanadyjskim “brakiem środka”. Męczyłam się niemiłosiernie czytając to wszystko. A bardzo miałam nadzieję, że książka będzie lepsza, skoro film tak przetragiczny.

Ech. Końcowa rekomendacja: nie czytać, nie oglądać, zapomnieć.