Morfina, Szczepan Twardoch

Dziękibogu, że nie rzuciłam tej książki w połowie, jak to zrobiła moja mama, której, nieświadoma, “Morfinę” wcisnęłam kilka tygodni temu. Bo zaczyna się ciężko: nie tylko język nie ułatwia roboty (podwójna narracja + miliard eksperymentalnych form), ale i obsesyjnie powtarzany motyw dziwki+koks nie czyni z tego przyjemnej lektury.

Ale ochjaktodobrze, że wbrew całej logice nie poddałam się, tylko uparcie wczytywałam się coraz bardziej, bo te jakże proste i oczywiste ostatnie rozdziały książki, których jednak całkiem się nie spodziewałam, warte były wysiłku pierwszych stron. Czuję teraz czystą przyjemność dobrej lektury, jakiś czytelniczy rausz, który zapewne złamie mi serce kiedy przyjdzie mi za chwilę wrócić do świata. Ale warto było, nawet przekornie przede wszystkim tego języka niezwykłego, który widzę, że sama teraz trochę naśladuję. I ta narracja podwójna, tak sprytnie użyta.

Jaktodobrze, że wszystko proste i oczywiste, i cieszę się jak głupia.

Three Men in a Boat, Jerome K. Jerome

Jestem bucem i nigdy nie podobają mi się książki, które mają być z założenia śmieszne. Może spodziewam się po nich zbyt wiele, a dostaję jakiś prosty humor sytuacyjny, który wykrzywia mi gębę w wyrazie dalekim od uznania. Nieważne, że klasyk. Nuda. Ziew.

Po tłumaczeniu fragmentów tej książki na jedne z zajęć miałam wrażenie, że będzie to przede wszystkim satyra na angielskość jako taką, historię i kulturę kraju. Tymczasem  przeważająca większość epizodów to slapstickowe przygody trzech bumelantów. Oczywiście wszyscy trzej są dla mnie wyjątkowo nieśmieszni; najlepiej wypada pies, ale to już pewnie efekt długich godzin spędzonych na imgurze i jemu podobnych stronach.

Na szczęście książka jest krótka (chociaż niektóre rozdziały ciągną się niemiłosiernie) i nie próbuje budować wokół siebie ideologii. Może gdybym sama wylądowała na jakiejś łódce i czytała ją w takich okolicznościach przyrody patrzyłabym na nią przychylniejszym okiem. Ale nie. Jako miejska lektura w ogóle się nie sprawdza.

The Book Thief, Mark Zusak

Kolejna książka, którą trzeba było przeczytać jak się miało trochę mniej lat. Nie kręcą mnie bajki, nie kręci mnie infantylna narracja – może te 10 lat temu świetnie bym się przy niej bawiła. Ale nie teraz. Teraz trochę się wynudziłam.

Postaci wydają mi się zbyt płaskie, bardziej jako “typy” niż osoby. Do tego pomysł ze śmiercią-narratorem jest tak bardzo nastolatkowy – Wielkie Patetyczne Sentencje mają dzięki temu jeszcze bardziej autorytatywny wydźwięk. Taki Holocaust dla dzieci. Chętniej sięgnęłabym po dziennik Anny Frank.

Ale żeby nie było, że tylko narzekam, to dosyć spodobało mi się bardzo wczesne zdradzenie zakończenia i książki i ogólne “nieważne jak się kończy, tylko jak się rozwija”; pod tym mogę się podpisać i na to nigdy narzekać nie będę. 

Ale ta końcówką. C’mon. Cheesy.

The Last Lecture, Randy Pausch

Książka nie była tym, czego się spodziewałam. Miało być o osiąganiu marzeń z dzieciństwa, było o tym jak autor osiągał swoje. Cała książka, rozdział po rozdziale to kolejne epizody z jego życia.

Niby Pausch jest podobny do Feynmana. Niby autobiografia Feynmana bardzo mi się podobała. Ale Ostatni wykład oprócz przedstawienia wydarzeń z życia Randy’ego, próbuje kończyć każdy rozdział morałem. To o czym on pisze nie jest nawet uniwersalne. A morały się powtarzają – jeżeli nie uda się za pierwszym razem, próbuj jeszcze raz, pracuj ciężko, bądź miły, pracuj dobrze z ludźmi. Dobrze przynajmniej, że autor na początku przyznaje się, że ta książka jest pisana z myślą o jego dzieciach, które będą dorastały nie znając go. 

Jak osiągać marzenia z dzieciństwa? To brzmi, jakby autor ogarnął już większość swoich marzeń. Ale przecież, człowiek tak ruchliwy jak on (przynajmniej taki jego obraz wyłania się z książki), musiał w dzieciństwie mieć miliony “marzeń”. I zdaje mi się, że teraz po prostu dopasowuje to, co zrobił w życiu do tego, co mógł chcieć zrobić kiedy był dzieckiem. 

Re-read: Arcadia, Tom Stoppard

Bardzo się cieszę, że po drugim czytaniu mogę potwierdzić, że to moja ulubiona sztuka – ex aequo z The Importance of Being Earnest Wilde’a, jednak z całkowicie różnych powodów.

Brak mi wiedzy, która w pełni pozwoliłaby docenić zawartość naukowej części tekstu, jednak z tego co rozumiem wynika, że jest on jednocześnie pro-naukowy i pro-humanistyczny, oferując możliwość teoretycznego opisania świata za pomocą formuł matematycznych, ale tylko w bezruchu, jako że ludzka nieprzewidywalność – i brak logiki działania – prowadzą do zaburzenia algorytmu, który miałby w deterministyczny sposób opisać całą przyszłą historię świata. Jednocześnie kierunek, w którym zmierza wszystko, to nieodwracalny bezruch i homogenizacja ryżowego puddingu. Jak zwykle powiało optymizmem, ale jakoś ostatnie nuty tekstu nie zachęcają do samobójstwa dla uprzedzenia nieuniknionego końca świata.

Boli świadomość dalszych przykrych losów postaci dziewiętnastowiecznych, a jednocześnie, mimo całej antydeterministycznej zawartości sztuki, zdaje się, że losy postaci współczesnych także są przesądzone z perspektywy jakiegoś czasu przyszłego, do którego jednak brak nam dostępu. Wszystkie echa i powtarzające się motywy, a przy tym wspólna przestrzeń dla obu płaszczyzn czasowych sugerują raczej jakiś olbrzymi okrąg, w którym wszystko dzieje się zawsze i od nowa.

Nie mogę też do końca nacieszyć się dowcipnością niektórych dialogów, zwłaszcza w pierwszej części tekstu i sympatią dla Thomasiny i Septimusa, którzy, mimo że istnieją na ledwie 100 stronach tekstu, są jednymi z moich ulubionych postaci w całej historii literatury.

Tampa, Alissa Nutting

Okej, trzecie podejście do pierwszego akapitu. Kompletnie nie wiem co napisać.

Pewnie nie sięgnęłabym po Tampę, gdyby nie challenge. Podobnie było z częścią książek, które przeczytałam z tej okazji w zeszłym roku. Różnica jest taka, że w przypadku tamtych, nawet jeżeli mi się nie podobały, czułam że przeczytanie ich w jakiś sposób mnie wzbogaciło. Chyba. No, zazwyczaj nawet jeżeli nie było tak w momencie, kiedy pisałam reakcję, to większość wspominam dobrze.

Tampa to 200 stron o napalonej kobiecie. Podobno ironiczna wersja wszystkich książek o romansach z nieletnimi. Dunno, nie przypominam sobie, żebym kiedyś czytała coś takiego. Podobno ma wiele wspólnego z American Psycho. Samozachwyt bohaterów i to, że większość czasu spędzają na wyobrażaniu sobie rzeczy, które by zrobili. 

Boohoo, bohaterka sypia z 14-letnimi chłopcami. Wiem, ograniczenia wiekowe na seks są wprowadzane z jakiegoś powodu i zgadzam się, że podrywanie aż tak młodych ludzi jest złe. Ale czy gdyby zamiast tego interesowała się jednonogimi facetami, cokolwiek by się zmieniło? Dla mnie najbardziej niesmaczna była wulgarność tego wszystkiego (przynajmniej na początku, potem przestałam zwracać na to uwagę), wiek jest rzeczą drugoplanową.

Tampa, Alissa Nutting

Miałam nadzieję, że książka, która ma ambicje obalić mit romantycznej relacji między uczniem a nauczycielem będzie trochę ciekawsza. Tak, jest kompletnie psychopatyczna narratorka, której potrzeby seksualne absolutnie muszą być zaspokojone (zarówno ich źródło, jak i konsekwencje abstynencji pokazane są czysto organicznie, jako reakcje chemiczne zachodzące w organizmie – nie ma mowy o jakichś czynnikach środowiskowych). Wszystko kręci się wokół seksu i chyba właśnie dlatego babeczka jest tak potwornie nudna. Sceny erotyczne są nudne. Jej kult młodości jest zaskakująco nudny (chociaż to drugi motyw, który jako tako miał potencjał tę książkę uratować). Jedyny plus to rozpisane planowanie, więc pomimo tematu, który z definicji opiera się na emocjach, cała narracja jest bardzo logiczna. Co nie zmienia też faktu, że od strony technicznej słabo wykonana.

Nie zgadzam się, że to ma cokolwiek wspólnego z American Psycho – siłą rzeczy pewne wątki powtarzają się, ale nie widzę dialogu między obiema książkami. Tampa jest pisana jako powieść stuprocentowo realistyczna, dlatego wypada tak płasko – z bohaterką, której nie sposób polubić (o utożsamieniu w jakiejkolwiek kwestii nie wspomnę), fabułą do bólu przewidywalną i absolutnie nieudzielającym się podekscytowaniem tematem. Żal.