Lolita, Vladimir Nabokov

Każda książka z tegorocznego challengu zdaje się wyśmiewać moje założenia. Wydawało mi się, że wiem o czym jest Lolita. Trochę miałam rację, ale nie do końca.
Wydawało mi się, że będzie głównie o tym, jak Humbert wykorzystuje dziewczynkę. No i było, tylko że nie do końca. Bo pod koniec książka zupełnie zmieniła kierunek i Lolita prawie kompletnie z niej zniknęła. Nic dziwnego, miała już 15 lat,  czas najwyższy żeby przestał się nią interesować. Ale nie dlatego zniknęła. Odeszła. Z innym pedofilem. Bo najwyraźniej każda nimfetka może w nich przebierać.
Od pewnego momentu fabuła robi się coraz bardziej oderwana od rzeczywistości. Na początku można to usprawiedliwić tym, że Humbert jest prawie non-stop pijany, ale potem, kiedy opisuje 2 lata, które nastąpiły po ‘porwaniu’, wszystko jest jeszcze bardziej rozmyte. I że strony na stronę robi się coraz bardziej abstrakcyjne, aż do momentu zabicia Koko, gdzie wszystko wydaje się wręcz snem.
Pewnie przez to, że narrator coraz bardziej odchodzi od normalności (którą nawet na początku nie mógł za bardzo szastać). Narrator pierwszoosobowy, któremu uwierzyłam, że jego żona zginęła w wypadku aż do momentu, kiedy powiedział, że on pozbył się żony w bardziej elegancki sposób. I który pokazywał, jak 13latka z nim flirtuje. Przecież nie robił tego po to, żeby usprawiedliwić swoje zachowanie. Musiało tak być, skoro napisał o tym w książce.

Arthur & George, Julian Barnes

Od początku wiedziałam, że A&G będzie się czytało dużo przyjemniej, niż Difference Engine. Niby obie są neowiktoriańskie, ale pisane zupełnie inaczej (pomijając już to, że jedna jest oparta na faktach, a druga nie). Nawet zanim zorientowałam się, że Arthur to Arthur Conan Doyle, wszystko wyglądało bardzo ciekawie. Służąca, która wypisuje coś o George’u. Tajemnicze listy. Zaczęło się dobrze. Tak bardzo dobrze.

Ale nie do końca dobrze. Książka, która opisuje pewne wydarzenia, wycinki z życia obu panów zaczyna się od ich pierwszych wspomnień. Następnie przez kilka długich rozdziałów śledzimy ich życie. Zdaje się, że biografie są zgodne z prawdą, ale nie zmienia to faktu, że jedyne ciekawe rzeczy które dzieją się w tym czasie to zwolnienie służącej oraz początek prześladowania George’a. Reszta – nuda. Może po to, żeby książka miała więcej niż 200 stron.

No i podobnie jak ACD byłam rozczarowana rozwiązaniem. Nie po to przeczytałam właśnie 200 stron wstępu, żeby teraz okazało się, że odpowiedź jest tak… prosta? Prostacka? Nieskomplikowana? Arthur odnalazł sprawcę. Zastosował kilka prostych tricków detektywistycznych, ale nadal nie mamy nic, co nawet odrobinę przypominałoby motyw. Chyba że chodzi o pełnię księżyca + rasizm. Pewnie tak. Meh.

Końcówka była już zupełnie nuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuudna. Szczerze, nie obchodziło mnie zupełnie to, czy oczyszczą George’a z zarzutów, czy nie. Obchodziło mnie rozwiązanie. Obchodził mnie motyw. A nie życie prywatne bohaterów, które nie miało najmniejszego wpływu na rozwój sprawy. Ostatnia część zupełnie bez sensu – w 80% to seans spirytystyczny po śmierci ACD, znów mający zero związku ze sprawą.

Ogromne rozczarowanie. Zapowiadało się dobrze, nawet mimo wstępu na 200 stron. Ale w połączeniu z zakończeniem na 150 (cała książka ma 400) to po prostu za dużo.

Krwawy południk, Cormac McCarthy

No cóż, tytuł nie kłamie, krwawy to naprawdę słowo kluczowe dla tej książki. Jak to u Cormaca język jest do bólu oszczędny, a przy tym dosłowny i bezlitosny niczym oko kamery, które sunie nad rozkładającym się trupem. Wszystkie te połamane członki, krew i jelita doskonale widać w klatce filmu – przedstawione tylko za pomocą słów rażą jeszcze bardziej.

Najbardziej zapadającą w pamięć postacią jest na pewno sędzia Holden, który zajmuje odtąd zaszczytne miejsce w moim kanonie literackich socjopatów. Łączą się w nim najbardziej przerażające cechy zarówno ludów pierwotnych jak i grzechy cywilizacji, i jestem pewna, że nie zrozumiałam tej postaci do końca, dlatego muszę wrócić do tej książki.

Wszędzie pustynia, whisky, śmierć, tortury, Indianie, strzelaniny, skalpy, kolejne masakry lokalnej ludności. Niby demistyfikacja westernu i kolejny zarzut pod adresem prowadzonej przez USA polityki ekspansyjnej, a jednak w całej tej krwawej jatce jest coś dużo bardziej uniwersalnego, odnoszącego się do wojny jako części ludzkiej natury.

Hańba, J. M. Coetzee

Dawno żadna książka nie pozostawiła mnie tak przygnębioną. Pamiętam, że kiedy wcześniej sięgałam po Coetzeego też skończyłam przybita, ale nie wydaje mi się, że aż tak jak po Hańbie – bo cała ta książka jest jednym wielkim procesem poddawania się w sytuacjach z których istnieją lepsze wyjścia.

I może właśnie dlatego bardzo mnie to boli – bo jeszcze nie mam siły się poddać i irytuję się, gdy bohaterowie zamiast stanąć do walki o swoje prawa w imię niejasnych zasad coraz bardziej ustępują pola. Może za słabo znam historię RPA, żeby zrozumieć ich motywację – a może chodzi właśnie o to, żeby pokazać kraj ogarnięty niemocą, niezdolnością do odwołania się do obiektywnych zasad w imię pokuty za błędy kolonialnej przeszłości. Ciężkie to i smutne, i jakoś wykraczające też poza sferę polityczną w kierunku bardziej egzystencjalnych rozważań.

I tyle martwych psów – czy naprawdę trzeba było? (Wiem, że trzeba, i normalnie mnie to nie rusza, ale w tej książce to tylko wisienka na torcie.) Coetzee jest noblistą i obie przeczytane przeze mnie książki doskonale uzasadniają wybór szwedzkiej akademii, ale nie jestem w stanie tak po prostu przyznać Hańbie gwiazdek czy punkcików, bo “dobrość” tej książki leży na całkiej innej płaszczyźnie.

Milczenie owiec, Thomas Harris

W sumie reakcja jest chyba na dwie pierwsze książki z serii, czyli “Czerwony smok” i challenge’owe “Milczenie owiec”, bo czytałam jedną po drugiej, a przy “Smoku” czułam to, co powinnam pewnie czuć przy “owcach”, gdybym nie znała fabuły. Bo to mój największy problem – film dobrze oddaje fabułę, więc wiedziałam co się dzieje i jak się rozwiąże (oprócz tego jak go złapią, ale to najmniej ważne).

Książki są zbudowane jak odcinki “Criminal Minds”. Nie, na odwrót. Odcinki CM są zbudowane jak książki z tej serii. Praktycznie od początku wiadomo kto to robi, znamy nawet jego nazwisko. Bo tajemnicą nie jest to kto zabija, ale dlaczego to robi i jak zostanie złapany. I wydaje mi się, że w “Smoku” jest to lepiej pokazane – facet z zaburzeniami, który dodatkowo jest zupełnie izolowany przez szczęśliwą nową rodzinę jego matki zaczyna zabijać więc nikogo to nie dziwi. W “Owcach” może być podobna historia, ale nic nie jest do końca powiedziane. Meh. Chciałabym wiedzieć.

No i to w “Smoku” występuje Will Graham. Po przeczytaniu serial jest jeszcze bardziej “WOWOWWOWOWWOWOW <3 “. I już nie mogę się doczekać trzeciej serii, chociaż pewnie najpierw wypadałoby przeczytać pozostałe dwie książki.

Niebanalna więź, Sarah Waters

(tytuł po polsku, bo czytałam po polsku)

Gdyby nie tona literatury dotyczącej powieści neowiktoriańskich, która śmiało szasta spoilerami na każdym kroku, świetnie bawiłabym się śledząc akcję powieści. Bo jest bardzo neowiktoriańsko – mamy jakąś postać z marginesu społeczeństwa, zahukaną damę-lesbijkę, która nie potrafi dojść do siebie po śmierci ojca;  mamy więzienie dla kobiet, którego opisy w dużej części opierają się na tekstach źródłowych, do których nawet samej zdarzyło mi się zajrzeć; jest w końcu fabuła, która – mimo wszystko – kładzie nacisk na wartkość akcji (chociaż całość pisana jest w formie dziennika dwóch kobiet, gdzie duża część to relacje z ich spotkań w więziennej celi). Serio, mogłabym o tym pisać magisterkę. Wszystko leży jak ulał.

Jednak to mimo wszystko romans, w jakie szaty by nie był przybrany. Rozemocjonowany, zwłaszcza w ostatnich dwóch częściach. Gdzieś na początku brat Margaret, głównej bohaterki, mówi że dzienniki kobiet to zawsze “dzienniki serca” i obawiam się, że mimo jak najlepszych chęci i dobrego pomysłu na zwrot akcji, Sarze Waters nie udało się umknąć tej szufladce. To jednak ciekawy świat, barwny i całkiem inny od przynudnawych współczesnych powieści obyczajowych, więc czytało się bardzo przyjemnie; pewnie sięgnę jeszcze po “Złodziejkę” lub którąś inną z jej książek.

Inferno, Dante Alighieri

Staram się podchodzić do książek (właściwie to nie tylko książek) z czystym umysłem – im mniej o nich wiem, tym lepiej. Najlepiej, jeżeli nic nie oczekuję. O Infernie nie dało się nie słyszeć. Tutaj już zaczynając wiedziałam mniej-więcej czego się spodziewać.

Zacznijmy od tego, że 9, 29 i 99 level Zesta “odnosi się” do Inferna. Odnosi się w ten sam sposób, w jaki całość odnosi się do “Alicji w krainie czarów” czy “Czarnoksiężnika z OZ” – nie trzeba nawet wiedzieć że coś takiego istnieje żeby rozwiązać zagadkę, a znajomość treści utworu ewentualnie pozwala odkryć “smaczki”. Ale właśnie przez Zesta chciałam przeczytać Inferno odkąd skończyłam 14 lat. I zawsze się tego bałam – klasyk, na pewno będzie trudny do zrozumienia, będę to czytać przez miesiąc i raczej nie sprawi mi to jednak przyjemności.

I znów, drugi raz z rzędu, moje oczekiwania co do książki okazały się błędne. Myślałam, że “Maszyna różnicowa” będzie przyjemnym, śrenio-ciężkim łącznikiem między łatwym i przyjemnym “Nocnym patrolem” a trudnym klasycznym “Infernem”. Było na odwrót – “Piekło” czytało mi się dużo przyjemniej i z większym zrozumieniem niż dzieło Gibsona i tego drugiego (sorry).

To jest mój główny punkt reakcji – wow, jakie to przyjemne w czytaniu. Oczywiście dużo zawdzięcza to tłumaczeniu i przypisom (samo Inferno ma ich 537). Na początku przypisy strasznie mnie wkurzały, bo nie wiedziałam kiedy tłumaczona jest sytuacja polityczna we Florencji (o której nie wiedziałam nic), a kiedy staropolskie słowo (o których jednak co-nieco wiem, tłumaczenie jest z 1860r., część zwrotów wyszła już z użycia, no ale KAMĄ), ale później zaczęłam doceniać ich wartość – tłumaczyły kto jest kim i co zrobił żeby dostać się do piekła. Ogólnie, kolejne dzieło do którego trzeba mieć dużo większą wiedzę niż mam, żeby w stu procentach zrozumieć co się dzieje.

Plus, co jeżeli pojawi się jeszcze więcej zdrajców pokroju Judasza i Brutusa? Szatanowi wyrosną dodatkowe głowy? o.O ale wtedy nie będzie ich już 3, musi od razu skoczyć na 9 (bo 3 magiczne, 3×3 też),  jakieś zostaną puste? nie wiem jak to ogarnąć logistycznie, no ALE to nie moje zadanie