Tampa, Alissa Nutting

Okej, trzecie podejście do pierwszego akapitu. Kompletnie nie wiem co napisać.

Pewnie nie sięgnęłabym po Tampę, gdyby nie challenge. Podobnie było z częścią książek, które przeczytałam z tej okazji w zeszłym roku. Różnica jest taka, że w przypadku tamtych, nawet jeżeli mi się nie podobały, czułam że przeczytanie ich w jakiś sposób mnie wzbogaciło. Chyba. No, zazwyczaj nawet jeżeli nie było tak w momencie, kiedy pisałam reakcję, to większość wspominam dobrze.

Tampa to 200 stron o napalonej kobiecie. Podobno ironiczna wersja wszystkich książek o romansach z nieletnimi. Dunno, nie przypominam sobie, żebym kiedyś czytała coś takiego. Podobno ma wiele wspólnego z American Psycho. Samozachwyt bohaterów i to, że większość czasu spędzają na wyobrażaniu sobie rzeczy, które by zrobili. 

Boohoo, bohaterka sypia z 14-letnimi chłopcami. Wiem, ograniczenia wiekowe na seks są wprowadzane z jakiegoś powodu i zgadzam się, że podrywanie aż tak młodych ludzi jest złe. Ale czy gdyby zamiast tego interesowała się jednonogimi facetami, cokolwiek by się zmieniło? Dla mnie najbardziej niesmaczna była wulgarność tego wszystkiego (przynajmniej na początku, potem przestałam zwracać na to uwagę), wiek jest rzeczą drugoplanową.

Tampa, Alissa Nutting

Miałam nadzieję, że książka, która ma ambicje obalić mit romantycznej relacji między uczniem a nauczycielem będzie trochę ciekawsza. Tak, jest kompletnie psychopatyczna narratorka, której potrzeby seksualne absolutnie muszą być zaspokojone (zarówno ich źródło, jak i konsekwencje abstynencji pokazane są czysto organicznie, jako reakcje chemiczne zachodzące w organizmie – nie ma mowy o jakichś czynnikach środowiskowych). Wszystko kręci się wokół seksu i chyba właśnie dlatego babeczka jest tak potwornie nudna. Sceny erotyczne są nudne. Jej kult młodości jest zaskakująco nudny (chociaż to drugi motyw, który jako tako miał potencjał tę książkę uratować). Jedyny plus to rozpisane planowanie, więc pomimo tematu, który z definicji opiera się na emocjach, cała narracja jest bardzo logiczna. Co nie zmienia też faktu, że od strony technicznej słabo wykonana.

Nie zgadzam się, że to ma cokolwiek wspólnego z American Psycho – siłą rzeczy pewne wątki powtarzają się, ale nie widzę dialogu między obiema książkami. Tampa jest pisana jako powieść stuprocentowo realistyczna, dlatego wypada tak płasko – z bohaterką, której nie sposób polubić (o utożsamieniu w jakiejkolwiek kwestii nie wspomnę), fabułą do bólu przewidywalną i absolutnie nieudzielającym się podekscytowaniem tematem. Żal.

Wspomnienia z domu umarłych, Fiodor Dostojewski

Cóż, czytając Dostojewskiego nie oczekuje się raczej przyjemnych tekstów i pod tym względem książka nie zawodzi. Tytuł jest może tylko odrobinę przesadzony. Zaskakujący jest jednak fakt, że – wbrew tematyce – książka nie jest aż tak przygnębiająca jak mogłaby być. Dostojewski ma niesamowity dar obserwacji i nawet w więźniach, skazanych na dożywocie za potworne zbrodnie, potrafi znaleźć coś ludzkiego. Bez popadania w przesadę, oczywiście, nie robi z nich jakichś aniołów, ale jednak człowiek zaczyna inaczej patrzeć na sprawę po przeczytaniu książki. Poza tym, to całkiem ciekawa analiza z czysto, ah, socjologicznego punktu widzenia. Oczywiście, od tego czasu przeprowadzono mnóstwo badań na temat więźniów jako społeczności, ale obserwacje Dostojewskiego są, po pierwsze, przystępniejsze; po drugie, pisane z punktu widzenia prawdziwego uczestnika, nie jakiegoś podstawionego pajaca. Fakt, że Wspomnienia to powieść autobiograficzna nie pozostaje bez wpływu na lekturę.

Nie odniosłam wrażenia, żeby Dostojewski zadawał tu jakieś istotne pytania; swoje poglądy na temat skuteczności katorgi wyraził chyba wystarczająco w Zbrodni i karze. Jednak nawet bez jakichś głębokich roztrząsań filozoficznych to dalej świetna książka.

Lalka, Bolesław Prus

Długie lata tłuczenia pozytywizmu w szkole przekonały mnie, że nigdy nie zainteresuje mnie to okropne pragmatyczne podejście do życia. Tym bardziej śmieję się teraz z samej siebie za każdym razem, gdy cieszę się jak dziecko w obliczu fragmentów Lalki, które jak ulał pasują do poglądów Ayn Rand.

Program przedstawiony w Lalce jest bardziej prospołeczny, ale dzieli z Atlasem… uznanie pracy za najwyższą wartość i pogardę dla klas próżniaczych. Mało interesowały mnie wszystkie wątki romantyczno-intryganckie, o wiele bardziej zaś te przeładowane ideologicznie rozmowy czy wewnętrzne monologi. Wiek dziewiętnasty! Hurra! Widać jakieś wpływy kultury angielskiej! Strasznie się cieszę, że dopiero teraz przeczytałam tę książkę, a nie w liceum, gdzie zapewne zmuszono by mnie, żeby patrzeć na nią w określony sposób.

Nie byłabym sobą, gdybym nie poruszyła też spraw okołofeministycznych. Z jednej strony na duży plus zapisuję, że jedną z ważniejszych tez tej książki było, że kobiety nie są wcale istotami idealnymi, pełnymi wyższych uczuć, lecz rządzą nimi równie “zwierzęce” instynkty jak mężczyznami. Z drugiej strony nie mogłam nie przewracać oczami nad wszystkimi bardzo poważnie wypowiadanymi kwestiami, w których uznawano kobiety za podrzędne intelektualnie i niezdatne do pracy. Wiem, 19. wiek, inne wszystko itd., jednak nie do końca widzę uzasadnienie dla umieszczania tego typu uwag, zwłaszcza wypowiadanych ustami demokratów.

Próbowałam podejść do tej książki z perspektywy Izabeli, ale nie dało się. Bardzo konsekwentnie jej postać przedstawiana jest w jak najgorszym świetle i może stąd właśnie wzięła się ta nutka mizoginii…

 

The Strange Case of Dr. Jekyll and Mr. Hyde, Robert Louis Stevenson

Kolejna dziewiętnastowieczna mini-powieść z kilkoma warstwami narracji. Serio, czy to była jakaś miara wybitności dzieła? Bicie rekordu w wyciskaniu kolejnych narratorów?

Co nie zmienia faktu, że J&H jest napisane dobrze. Miło by było nie mieć pojęcia o co w tej historii chodzi i być przez nią całkowicie zaskoczonym. Kultura popularna obfituje jednak w spoilery i pewnie nigdy nie dane mi będzie podejść do wiktoriańskiego tekstu z zerowym pojęciem o jego odbiorze. Wiktoriańska publiczność miała więcej szczęścia i pewnie ten element zaskoczenia decydował o popularności adaptacji teatralnej wystawionej wkrótce po premierze książki.

Trochę bije po oczach pogląd, że dobro lub zło postaci wypisane jest na jej twarzy. Tymczasem Jekyll sam w sobie dobry nie jest i chyba właśnie to podobało mi się najbardziej: że udało mu się wydzielić z siebie tę złą część, ale wcale nie oznaczało to wydestylowania tej dobrej. Całkiem jakby naturą zła była niekończąca się rozciągliwość. Dodajmy do tego ekstremalną żywotność i wolę przetrwania i w ogóle możemy się dziwić, czemu to nie Mr Hydowie żądzą światem.

Oh wait.

From Hell, Alan Moore, Eddie Campbell

W sumie spodziewałam się tego, że będzie dobre. I było.

Największą wadą From Hell jest to, że bardzo trudno zrozumieć wszystko co się dzieje, jeżeli nie czyta się przypisów. Które z kolei są bardzo pomieszane – dużo źródeł, często pojawiają się wspomnienia o tym, co jest historią a co jest wymysłem autora, a te rzeczy, które chce się wiedzieć są przysypane stertą tego wszystkiego.

Wspominanie źródeł za każdym razem, kiedy z nich korzysta jest nie tylko męczące, ale też odrobinę bezużyteczne, bo autor wprost mówi w dodatku 2, że wszelkie Ripperologiczne teorie oparte są na przypuszczeniach i zeznaniach świadków, którzy z różnych przyczyn nie należą do najbardziej wiarygodnych.

Ale sama powieść graficzna była super. Gull jako lekarz, który coraz bardziej stacza się w otchłań szaleństwa. Tłumaczenie wszystkich poszlak, jakie się pojawiły.

Nie zgodzę się, że zaczyna się lubić Gulla. Gdyby wycinał te narządy po coś, pewnie nawet bym z nim sympatyzowała. Ale on po prostu był szalony, wmówił sobie jakieś masońskiecoś i tyle. I Abberline. Przecież to jedyny człowiek w okolicy, który w miarę ogarnia i próbuje cokolwiek zrobić!

Dallas ’63, Stephen King

Damn, nie kupiłam ich historii miłosnej. To był właśnie taki słabej jakości romans, jaki zawsze niszczy nawet najlepiej rozplanowaną książkę czy film. Może to kwestia tego sypiącego się jak domki z Jugosławii tłumaczenia. Może po prostu jestem okrutnym cynikiem zakładającym z góry, że każdy wątek miłosny jest głupi. A może King położył sprawę pisząc takie cukierkowe oddanie Jake’a i Sadie. TAK CZY TAK (SIC) to, co zapowiadało się na mocne 5/5 dostaje ode mnie trójeczkę.

Wkurzały mnie też te naciągane, lawinowe nawiązania do harmonii przeszłości. Było ich mnóstwo i 90% z nich było całkowicie niepotrzebne (tak, łapię, że właśnie o to chodziło, co nie zmienia faktu, że sam pomysł był słaby). To by sugerowało, że światem kieruje jakieś przeznaczenie, które ściąga fakty ku sobie. Nie. Wszystkim rządzi przypadek. I skoro przypadek może wywołać efekt motyla, to gdzie tu miejsce na przeznaczenie? I, naboga, ta Jakże Głęboka Metafora tańca jako życia, no po prostu zrywam się na nogi i zaczynam kręcić piruety.

Żeby jednak nie było, że tylko narzekam, to, rzeczywiście, główny wątek wciąga i całość czyta się jednym tchem. Ponieważ to King, w każdym momencie spodziewałam się niespodziewanego (czytaj: nadprzyrodzonego), ale oprócz samej podróży w czasie aż do wyjaśnienia skąd się wzięli kartkowi panowie nie ma specjalnych fajerwerków. Sama ta czujność jednak nakręca i koniec końców nie nudziłam się w żadnym momencie (no, może oprócz niektórych scen z życia Oswaldów… ziew).

Skróćmy i zneutralizujmy słodycz wątku miłosnego, zróbmy parę większych przeskoków w czasie i książka będzie doskonała. Jak na razie: meh.