Wspomnienia z domu umarłych, Fiodor Dostojewski

Cóż, czytając Dostojewskiego nie oczekuje się raczej przyjemnych tekstów i pod tym względem książka nie zawodzi. Tytuł jest może tylko odrobinę przesadzony. Zaskakujący jest jednak fakt, że – wbrew tematyce – książka nie jest aż tak przygnębiająca jak mogłaby być. Dostojewski ma niesamowity dar obserwacji i nawet w więźniach, skazanych na dożywocie za potworne zbrodnie, potrafi znaleźć coś ludzkiego. Bez popadania w przesadę, oczywiście, nie robi z nich jakichś aniołów, ale jednak człowiek zaczyna inaczej patrzeć na sprawę po przeczytaniu książki. Poza tym, to całkiem ciekawa analiza z czysto, ah, socjologicznego punktu widzenia. Oczywiście, od tego czasu przeprowadzono mnóstwo badań na temat więźniów jako społeczności, ale obserwacje Dostojewskiego są, po pierwsze, przystępniejsze; po drugie, pisane z punktu widzenia prawdziwego uczestnika, nie jakiegoś podstawionego pajaca. Fakt, że Wspomnienia to powieść autobiograficzna nie pozostaje bez wpływu na lekturę.

Nie odniosłam wrażenia, żeby Dostojewski zadawał tu jakieś istotne pytania; swoje poglądy na temat skuteczności katorgi wyraził chyba wystarczająco w Zbrodni i karze. Jednak nawet bez jakichś głębokich roztrząsań filozoficznych to dalej świetna książka.

Lalka, Bolesław Prus

Długie lata tłuczenia pozytywizmu w szkole przekonały mnie, że nigdy nie zainteresuje mnie to okropne pragmatyczne podejście do życia. Tym bardziej śmieję się teraz z samej siebie za każdym razem, gdy cieszę się jak dziecko w obliczu fragmentów Lalki, które jak ulał pasują do poglądów Ayn Rand.

Program przedstawiony w Lalce jest bardziej prospołeczny, ale dzieli z Atlasem… uznanie pracy za najwyższą wartość i pogardę dla klas próżniaczych. Mało interesowały mnie wszystkie wątki romantyczno-intryganckie, o wiele bardziej zaś te przeładowane ideologicznie rozmowy czy wewnętrzne monologi. Wiek dziewiętnasty! Hurra! Widać jakieś wpływy kultury angielskiej! Strasznie się cieszę, że dopiero teraz przeczytałam tę książkę, a nie w liceum, gdzie zapewne zmuszono by mnie, żeby patrzeć na nią w określony sposób.

Nie byłabym sobą, gdybym nie poruszyła też spraw okołofeministycznych. Z jednej strony na duży plus zapisuję, że jedną z ważniejszych tez tej książki było, że kobiety nie są wcale istotami idealnymi, pełnymi wyższych uczuć, lecz rządzą nimi równie “zwierzęce” instynkty jak mężczyznami. Z drugiej strony nie mogłam nie przewracać oczami nad wszystkimi bardzo poważnie wypowiadanymi kwestiami, w których uznawano kobiety za podrzędne intelektualnie i niezdatne do pracy. Wiem, 19. wiek, inne wszystko itd., jednak nie do końca widzę uzasadnienie dla umieszczania tego typu uwag, zwłaszcza wypowiadanych ustami demokratów.

Próbowałam podejść do tej książki z perspektywy Izabeli, ale nie dało się. Bardzo konsekwentnie jej postać przedstawiana jest w jak najgorszym świetle i może stąd właśnie wzięła się ta nutka mizoginii…

 

The Strange Case of Dr. Jekyll and Mr. Hyde, Robert Louis Stevenson

Kolejna dziewiętnastowieczna mini-powieść z kilkoma warstwami narracji. Serio, czy to była jakaś miara wybitności dzieła? Bicie rekordu w wyciskaniu kolejnych narratorów?

Co nie zmienia faktu, że J&H jest napisane dobrze. Miło by było nie mieć pojęcia o co w tej historii chodzi i być przez nią całkowicie zaskoczonym. Kultura popularna obfituje jednak w spoilery i pewnie nigdy nie dane mi będzie podejść do wiktoriańskiego tekstu z zerowym pojęciem o jego odbiorze. Wiktoriańska publiczność miała więcej szczęścia i pewnie ten element zaskoczenia decydował o popularności adaptacji teatralnej wystawionej wkrótce po premierze książki.

Trochę bije po oczach pogląd, że dobro lub zło postaci wypisane jest na jej twarzy. Tymczasem Jekyll sam w sobie dobry nie jest i chyba właśnie to podobało mi się najbardziej: że udało mu się wydzielić z siebie tę złą część, ale wcale nie oznaczało to wydestylowania tej dobrej. Całkiem jakby naturą zła była niekończąca się rozciągliwość. Dodajmy do tego ekstremalną żywotność i wolę przetrwania i w ogóle możemy się dziwić, czemu to nie Mr Hydowie żądzą światem.

Oh wait.

From Hell, Alan Moore, Eddie Campbell

W sumie spodziewałam się tego, że będzie dobre. I było.

Największą wadą From Hell jest to, że bardzo trudno zrozumieć wszystko co się dzieje, jeżeli nie czyta się przypisów. Które z kolei są bardzo pomieszane – dużo źródeł, często pojawiają się wspomnienia o tym, co jest historią a co jest wymysłem autora, a te rzeczy, które chce się wiedzieć są przysypane stertą tego wszystkiego.

Wspominanie źródeł za każdym razem, kiedy z nich korzysta jest nie tylko męczące, ale też odrobinę bezużyteczne, bo autor wprost mówi w dodatku 2, że wszelkie Ripperologiczne teorie oparte są na przypuszczeniach i zeznaniach świadków, którzy z różnych przyczyn nie należą do najbardziej wiarygodnych.

Ale sama powieść graficzna była super. Gull jako lekarz, który coraz bardziej stacza się w otchłań szaleństwa. Tłumaczenie wszystkich poszlak, jakie się pojawiły.

Nie zgodzę się, że zaczyna się lubić Gulla. Gdyby wycinał te narządy po coś, pewnie nawet bym z nim sympatyzowała. Ale on po prostu był szalony, wmówił sobie jakieś masońskiecoś i tyle. I Abberline. Przecież to jedyny człowiek w okolicy, który w miarę ogarnia i próbuje cokolwiek zrobić!

Dallas ’63, Stephen King

Damn, nie kupiłam ich historii miłosnej. To był właśnie taki słabej jakości romans, jaki zawsze niszczy nawet najlepiej rozplanowaną książkę czy film. Może to kwestia tego sypiącego się jak domki z Jugosławii tłumaczenia. Może po prostu jestem okrutnym cynikiem zakładającym z góry, że każdy wątek miłosny jest głupi. A może King położył sprawę pisząc takie cukierkowe oddanie Jake’a i Sadie. TAK CZY TAK (SIC) to, co zapowiadało się na mocne 5/5 dostaje ode mnie trójeczkę.

Wkurzały mnie też te naciągane, lawinowe nawiązania do harmonii przeszłości. Było ich mnóstwo i 90% z nich było całkowicie niepotrzebne (tak, łapię, że właśnie o to chodziło, co nie zmienia faktu, że sam pomysł był słaby). To by sugerowało, że światem kieruje jakieś przeznaczenie, które ściąga fakty ku sobie. Nie. Wszystkim rządzi przypadek. I skoro przypadek może wywołać efekt motyla, to gdzie tu miejsce na przeznaczenie? I, naboga, ta Jakże Głęboka Metafora tańca jako życia, no po prostu zrywam się na nogi i zaczynam kręcić piruety.

Żeby jednak nie było, że tylko narzekam, to, rzeczywiście, główny wątek wciąga i całość czyta się jednym tchem. Ponieważ to King, w każdym momencie spodziewałam się niespodziewanego (czytaj: nadprzyrodzonego), ale oprócz samej podróży w czasie aż do wyjaśnienia skąd się wzięli kartkowi panowie nie ma specjalnych fajerwerków. Sama ta czujność jednak nakręca i koniec końców nie nudziłam się w żadnym momencie (no, może oprócz niektórych scen z życia Oswaldów… ziew).

Skróćmy i zneutralizujmy słodycz wątku miłosnego, zróbmy parę większych przeskoków w czasie i książka będzie doskonała. Jak na razie: meh.

Dallas ’63, Stephen King

Po kilku miesiącach czytania tylko i wyłącznie klasyki, która niezależnie od tego czy mi się podobała czy nie była w większości okropnie ciężkostrawna, w końcu udało mi się przeczytać książkę, którą od początku do końca czytałam z olbrzymią przyjemnością. Już dawno się nie zdarzyło, żebym wybierała czytanie zamiast opierdzielania się przed komputerem. A właśnie tak było w ciągu ostatnich kilku dni.

I jak zawsze, nienawidzę momentu w którym książka się kończy. W którym zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie do których przez ostatnie kilka dni zdążyłam się przyzwyczaić nie są prawdziwi. I nie żyją. Tak bardzo jest mi ich szkoda.

Tłumaczenie było do kitu. Gdyby nie to, że tak bardzo cieszyłam się z możliwości przeczytania tak fajnej książki, zauważyłabym to wcześniej. Ale nie. Zauważyłam to później i przeszkadzało mi aż do momentu, kiedy akcja znów zaczęła się rozwijać. Potem znów przestało.

Trochę narzekania: Jake, ty kompletny idioto. Co cię obchodzi przyszłość, do której i tak nie masz zamiaru wracać, głupku? Boję się robić dużych zakupów, żeby nie naruszyć przeszłości? Poza tym zawsze mógł wrócić, spróbować jeszcze raz i gdyby Sadie go nie chciała, wrócić do 2011 i zresetować jeszcze raz. Zdrowie psychiczne człowieka z kartką to nie jego problem. Damn, kupiłam ich historię miłosną. Taki ze mnie romantyk.

I jestem odrobinę zawiedziona tym, że przerażający przez część książki Jimla tak właściwie nie istnieje, a panowie z kartkami to po prostu panowie z kartkami, a nie Jake, który jakimś cudem znalazł jeszcze jedną króliczą dziurę i wrócił wcześniej niż 1958, rozpił się i czekał na samego siebie.

Damn, Jake, idioto.

Kurde, nadal mi przykro, że już się skończyło.

Podziemny krąg, Chuck Palahniuk

Fajnie Fincher zrobił z tego film, bo naprawdę trzyma się tekstu. I masz po nim ochotę (mimo wszystko) iść i coś wysadzić. A przynajmniej kogoś pobić. Albo absurdalnie sprowokować.

Co nie zmienia faktu, że to jednak książka dla gówniarzy. Anarchia jest fajna, ale tylko w wyodrębnionym przez system obszarze. Co innego ponaparzać się w fight clubie raz w tygodniu, co innego podporządkować swoje życie paramilitarnej organizacji. Która przecież też opiera się na jakiejś hierarchii. I już mamy sprzeczność.

Męczy też momentami język, który brzmi jak pretensjonalny pamiętnik. Krótkie zdania w formie złotych myśli dobrze brzmiały z offu wypowiadane beznamiętnym głosem Edwarda Nortona, w książce częste entery i kropki bardzo szarpały lekturą. Chociaż pewnie tak właśnie miało być – w końcu siedzimy po uszy w postmodernizmie.